Problem wspólnej kasy w naszym związku pojawił się, tak jak wiele innych spraw, dość szybko. Tak wyszło, że szybko zaczęliśmy mieszkać razem i wspólnie doszliśmy do wniosku, że początkowy etap związku przechodziliśmy już wiele razy, więc chcemy wcisnąć przycisk Fast Forward 🙂

Byliśmy wobec siebie szczerzy, staraliśmy się realnie patrzeć na różnego rodzaju problemy i wyzwania, a nie czekać pół roku „bo coś teraz jeszcze nie wypada”. Dlatego dość szybko, jeszcze przed ślubem, i w sumie przed zaręczynami, poruszyliśmy temat wspólnej kasy.

Tematy kasy zawsze są drażliwe, nawet jak ma się na ten temat zupełnie wywalone tak jak ja. Szczególnie na początku związku. Wygrało jednak podejście pragmatyczne – zaczęliśmy razem mieszkać, mieć wspólne wydatki i chcieliśmy prawdę mówiąc, aby było wygodnie.

Przy kasie niestety zawsze odzywa się EGO, szczególnie na początku. Kto więcej zarabia, kto komu co postawi i tak dalej. U nas sytuacja była taka, że nasze dochody nie różniły się jakoś szczególnie. Marysia miała dwa stypendia, ja zarabiałem niewiele więcej, bo coś w okolicach dwóch tysięcy złotych.

Mój jest ten kawałek podłogi

Pierwszym i najważniejszym założeniem było to, że co by się nie działo, mamy także swoje prywatne konta. I z tej zasady nie zrezygnowaliśmy aż do dziś. Własne konto (o tym co na nim ma być za chwilę) to taki własny kącik, do którego druga osoba nie ma wstępu. To znaczy teraz już pewnie jakoś tam ma, bo znamy swoje hasła i loginy, ale generalnie nie wtrącamy się w tę kasę. Uważam, że to ważne, by takie swoje prywatne poletko zostawić.

Ale nie wykluczało to zupełnie założenia wspólnego konta. Mieliśmy więc po swoim koncie oraz jedno wspólne. Prawdę mówiąc taki układ utrzymał się aż do dziś, choć został mocniej rozbudowany (o tym jak ogarniamy nasze finanse z chęcią napiszę kiedyś osobną notkę). Wspólne konto jest oferowane przez większość banków – każdy ma swój login i hasło, każdy może mieć swoją kartę, kasa natomiast jest wspólna. Nawet gdy nie jest się po ślubie. Na serio nie widzę powodu dla którego nie można założyć tego już na samym początku etapu związku, gdy mieszka się razem, lub ma jakiekolwiek inne wspólne wydatki. Takie konto do niczego nie zobowiązuje, można je łatwo rozwiązać. Tylko – jak je zasilaliśmy?

Etap 1 – ta sama kwota na wspólne konto

Na początku ustaliliśmy, że aby było sprawiedliwie, wpłacamy po tyle samo kasy co miesiąc na nasze wspólne konto. Reszta zostawała na naszych kontach prywatnych. Ponieważ nie mieliśmy jakiegoś nadmiaru gotówki, większość kasy szła na koszty utrzymania, a te były wspólne. Dlatego też większość naszych pensji / stypendiów, szła na wspólne konto.

To było dość wygodne rozwiązanie, bo choć etap „stawiam Ci” minął u nas dość szybko, to przeszedł w etap wygody. Nie było rozkminek w stylu kto tym razem płaci, rozmyślań co jest męskim gestem, a co nie, czy kobiecie wypada za to, czy za to. Nie, po prostu wiedzieliśmy ile jeszcze mamy kasy i wspólnie o wszystkim decydowaliśmy.

Etap 2 – ta sama kwota zostaje na prywatnym

Po pewnym czasie nasze wpływy się nieco rozjechały. Marysia zaczęła pracować w korpo i jej kasa znacząco poszła do góry, ja natomiast zacząłem rozkręcać swoją firmę i wpływy z niej były mówiąc delikatnie dość wątpliwe, a na pewno zróżnicowane 🙂 Zaczęło tworzyć się napięcie – choć jeszcze prawnie każdy zarabiał pieniądze DLA SIEBIE, to doszliśmy do wniosku, że przejdziemy na nieco inne rozwiązanie. Otóż każdy z nas zostawiał na swoim prywatnym koncie pewną kwotę, takie „zaskórniaki” (wtedy chyba ok 500 zł miesięcznie), reszta lądowała na koncie wspólnym. I tak pozostało do dziś. Każde z nas zostawia na swoim koncie określoną kwotę na zbytki – Mary kupuje z niej wózki i gadżety na bloga (a ja w nie zupełnie nie wnikam), ja wydaję ją na imprezach z kumplami, albo kupuję inne rzeczy dla siebie. Natomiast to co ląduje na wspólnym koncie idzie zarówno na opłacenie różnego rodzaju opłat, leasingu, kredytu i innych spraw, a także na bieżące wydatki rodzinne – choćby jedzenie. I tak, ten układ nadal uważamy za najlepszy.

Etap 3 – inne źródła dochodu

Lata mijały, pojawiło się więcej źródeł wydatków (takich źródeł które wrzeszczą, mają dwie ręce i dwie nogi), ale pojawiły się także inne źródła dochodu. Mary ma wpływy z współprac blogowych, ja czasem prowadzę szkolenia, mam też kasę z bloga. Wiem, że teraz część z Was powie „hohoho problemy bogatych ludzi” ale tu nie o to chodzi. Po pierwsze naprawdę to nie są jakieś kokosy – gdyby tak było nie mielibyśmy kredytu ani leasingu 😛 Po drugie chcę pokazać, że niezależnie od tego ile ma się kasy, wszystko polega na jednej bardzo ważnej sprawie, o której za chwilę.

Otóż my ustaliliśmy, że nasze dodatkowe źródła dochodu, są tylko nasze, nie wspólne. Po co o tym piszę? Po to, żeby pokazać Wam, że najważniejsze jest to, aby o tym szczerze pogadać i to między sobą ustalić.

Gdy byliśmy przed ślubem i teoretycznie każdy miał swoją kasę, zechcieliśmy mieć wspólne konto, bo tak było wygodniej, bo taki mieliśmy układ. Teraz teoretycznie każda kasa, którą zarabiamy jest wspólna (nie mamy intercyzy), ale wspólnie ustaliliśmy, że tak to właśnie dzielimy.

To wydaje się bardzo proste i oczywiste, ale takim nie jest. Bo często w związkach nie ma partnerstwa, tylko jest jeden partner który zarabia i niby żartem wydziela drugiej osobie takie, czy takie kwoty. Może być to śmieszne raz, czy drugi, ale może tez po prostu budować różnego rodzaju napięcia. Niestety świat w dużej mierze kręci się wokół kasy.

Nie będę kłamał, że u nas takich napięć nie ma. Niestety czasem wybuchają – pewnie głównie wtedy, gdy jesteśmy głodni 😉 albo w inny sposób źli na siebie. Wtedy wszystko denerwuje. Warto jednak po partnersku ustalić pewnego rodzaju zasady – my namawiamy do takiego układu. Działał on dla nas gdy Marysia nie zarabiała, potem gdy nagle zaczęła zarabiać dwa razy więcej ode mnie, potem gdy zarabialiśmy znowu tyle samo, a potem gdy wreszcie znowu ją przegoniłem ;D I co ważne, dość wcześnie zbudował u nas duże poczucie wspólnoty. My akurat tego potrzebowaliśmy – pewnie nie wszyscy tak mają. My czuliśmy się bardzo dobrze kupując pewne rzeczy za NASZE pieniądze. Jak jeden organizm, jak związek po prostu 🙂

Staramy się, by wszystko co się da było w naszym związku partnerskie. To bardzo pomaga – w wielu kwestiach 🙂 A o tym jak konkretnie zarządzamy kasą (a ten model także jest z nami już przez kilka ładnych lat – od czasów stypendium Mary aż do dziś) napiszę kiedy indziej 🙂