Porywałem się już na blogach na różne tematy, czasem dość ciężkie. Tym razem jednak przeginam – chcę odpowiedzieć na pytanie tak ważne, że równać się może z nim jedynie „jaki jest sens życia”, ewentualnie „kto zabił Laure Palmer” 😉 Ale skoro postanowiłem napisać serię notek o rodzinie, to nie sposób nie napisać o tej najważniejszej decyzji.

Ale, ale. Przecież pisałem już o zaręczynach. Czy nie pomyliłem kolejności? Otóż nie. Całkiem świadomie piszę o tym w takiej kolejności. Historia zna wiele przypadków zerwanych zaręczyn i to rzeczywiście jest ostatnia chwila, by taką decyzję podjąć (oczywiście później możliwy jest rozwód, ale to już inna sprawa). A więc czy istnieją jakiekolwiek przesłanki mogące pomóc ocenić „czy to jest TA osoba”?. Jedno jest pewne. Gdybym umiał odpowiedzieć jasno na to pytanie, to nie siedziałbym teraz w Warszawie przy blogu, a kąpałbym się gdzieś w szampanie w luksusowym hotelu – byłbym multimilionerem. Mimo wszystko pokuszę się o spisanie moich doświadczeń i obserwacji. W końcu trochę ich mam 🙂

Podejmowanie tej decyzji to dość ciężka sprawa. Przede wszystkim z jednego powodu. Zazwyczaj decyzja o ślubie podejmowana jest w momencie, gdy hormony buzują, a chemia zakłóca nam logiczne myślenie. Owszem, są przypadki gdy decyzję o ślubie podejmuje się po 10 latach bycia razem, ale chyba należą one do mniejszości. Czy to źle, że nie podejmujemy jej w sposób w 100% wyrachowany? Nie, zupełnie nie. Małżeństwa z rozsądku istniały kiedyś, dawno temu i były zupełnie sprzeczne z moim romantycznym podejmowaniem świata. Miłość to wspaniała rzecz i mało jest na świecie piękniejszych rzeczy od totalnego zapominania o całym świecie na myśl drugiej osoby. Ale rzeczywistość jest brutalna – po jakimś czasie chemia powolutku się kończy, wrzawa opada, a do głosu dochodzi rozum. I wtedy wychodzi na jaw czy nasz wybór był dobry, czy nie.

Nie oszukujmy się. Idealnie nie będzie nigdy – pisałem już o tym jakiś czas temu. Nawet jeśli istnieje idealna kobieta / idealny mężczyzna, to dlaczego miałby wybrać akurat CIEBIE? Jeśli tak uważasz, to prawdopodobnie masz problem z realną samooceną 🙂 Ja w ogóle – jako osoba, która wzięła ślub dopiero w wieku 30 lat, a poznała swoją wybrankę niewiele wcześniej – uważam, że związki przed ślubem są po to, by ogarnąć fakt, że nie ma osób idealnych. By wyrzucić z głowy nierealne oczekiwania i wyidealizowany wizerunek rycerza na białym koniu, czy odpowiadającej mu księżniczki.

Ważna jest też praca nad związkiem – ona musi być nieustanna, to nie jest tak, że wszystko będzie super, samo z siebie, od teraz już na zawsze. W to też zupełnie nie wierzę.

Ale prawdą jest również to, że istnieją pewne czynniki które trzeba brać pod uwagę – zarówno dotyczące samego partnera / partnerki jak i waszego dopasowania. I jakby trudne nie było zrobienie sobie chłodnej analizy przed ślubem i podejmowania decyzji na podstawie tabelki (rany, to musiałoby być straszne :D), to warto choć trochę przed ślubem pomyśleć. Czy przed decyzją o dzieciach. Czy przed wspólnym kredytem. To wiąże dziś najbardziej 😉 Lepiej teraz, niż później.

„Jakoś tam się dotrzemy”

Największy chyba błąd który popełniają różne osoby, to zakładanie, że druga osoba się jeszcze zmieni. Owszem, wierzę w zmianę i prace nad sobą, ale totalną bzdurą jest zakładanie, że ktoś to zrobi. Możecie robić takie założenia wobec siebie, ale nie wobec kogoś. Bo nie macie żadnej gwarancji, że tak się stanie. Jeśli jest wam bosko w łóżku, ale pod jakimś względem zupełnie, ale to zupełnie się nie dogadujecie, to naprawdę nie ma co liczyć, że nagle po ślubie stanie się inaczej. Oczywiście nie ma problemu, jeśli to rzecz błaha, jeśli to pojedyncze zachowanie, czy inna mało problematyczna rzecz. Ale jeśli jest to kwestia wyznawanych wartości, szczególnie wyniesionych z domu, to może być to bardzo, bardzo duży problem. W większości wypadków osoba, która jest mega bałaganiarzem i osobą chaotyczną nie zamieni się w porządnisia. Pedant planujący życie z ołówkiem w ręku nie stanie się nagle osobą kochającą improwizację. Osoba nieśmiała nie stanie się nagle dusza towarzystwa. Owszem SĄ takie przypadki. Ale nie zakładaj tego za drugą osobę. Bo możesz się na tym przejechać.

Oczywiście pytanie brzmi – czy to źle, że twój partner, czy partnerka taka jest. Ale o tym za chwilę.

Gdzie trzeba się zgadzać?

To jest kolejne trudne pytanie (ale temat wybrałem) i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Gdy patrzyłem sobie na związki moje i moich znajomych które zawiązywały się i rozpadały, a także na małżeństwa w których pojawiały się kryzysy to doszedłem do wniosku, że u podstaw prawie każdego kryzysu leżały właśnie jakieś głębokie różnice w podejściu do życia.

Większość udanych związków które widzę, to związki dwóch osób wyznających podobne wartości i najlepiej mające te same pasje, albo przynajmniej rozumiejące i akceptujące pasje partnera, czy partnerki. Nie wierzę, naprawdę nie wierzę w powodzenie wielu związków w których jedna osoba ma liberalne poglądy gospodarcze, a druga jest zagorzałą socjalistką. W którym jedna uwielbia przygody i improwizacje, a druga najchętniej spędzałaby cały czas w domu. Może patrzę wąsko, ale widziałem za dużo rozpadów takich związków. Kompletnie, ale to kompletnie nie wierzę w powodzenie związku w którym jedna osoba chce mieć dzieci, a druga kompletnie nie. Pisałem o tym że facet często nie myśli o tym jakoś namiętnie, ale jeśli definitywnie jest przeciwny dzieciakom, a kobieta chce je mieć (zazwyczaj chce, chociaż niekoniecznie) to dam sobie obciąć rękę, że temat wyjdzie prędzej czy później. Przy pierwszej kłótni spowodowanej nieprzespaną nocą po porodzie.

No właśnie – wszystko jest dobre dopóki nie zaczynają się kłótnie, a w większości związków one się pojawią. I wtedy każda różnica wychodzi na powierzchnię niczym lawa z podwodnego wybuchu wulkanu. I może bardzo, bardzo ranić. „Ja wcale nie chciałem tego dziecka!”.

A więc rzeczywiście warto rozmawiać. Dużo rozmawiać. Od samego początku. Nie wiem, jakoś zawsze wiedziałem dość dużo o swoich partnerkach, mówię o moich związkach gdy byłem nastolatkiem, po prostu gadałem. Tematy wtedy były zupełnie inne i pewnie obracały się w dużej mierze wokół muzyki i ówczesnych problemów 😉 Ale z drugiej strony znam związki które po kilku latach wiedzą o sobie bardzo, bardzo mało. I potem następuje zdziwienie, bo ich życie zaczyna rozwijać się w kompletnie, kompletnie innych kierunkach.

Gdzie się pięknie różnić?

Oczywiście nie trzeba być identycznym. Rany, nie wytrzymałbym z drugą osobą mojego pokroju! Poza tym pewnie zginałbym gubiąc gdzieś moją głowę 🙂 Od zawsze byłem mistrzem chaosu i jakoś podświadomie wiedziałem, że moja żona musi być bardziej zorganizowana. I tak się właśnie stało. Można dzielić wspólne pasje, można mieć podobne poglądy, ale pięknie się uzupełniać tam, gdzie trzeba. To definiuje role w związku i wcale nie muszą być one tradycyjnie „męskie” czy „damskie”. U nas ja gotuję, bo uwielbiam, Marysia wręcz przeciwnie. Ona zajmuje się liczeniem kasy i generalnie wszystkiego, bo ja po prostu mylę się w zerach. Ona też pilnuje wszelkich terminów, ale to ja dzwonię do nieznajomych, także do banków i wszelkich instytucji – ona nie cierpi tego robić. To oczywiście kwestia podziału obowiązków (a to temat na osobną notkę) ale to wynika z pewnych różnic, które świetnie się uzupełniają. Jak już pisałem – ciężko mi wyznaczyć granicę między tym co musi być podobne, a co powinno się uzupełniać, ale myślę sobie, że rzeczy przeciwstawne nie powinny dotyczyć wartości i rzeczy podstawowych. Te różnice muszą też być od początku uświadomione i akceptowane. Związek w którym jedna osoba wiecznie bałagani i nie próbuje w ogóle tego zmienić, a druga przez kilkadziesiąt lat posłusznie sprząta cały syf, może być nieco problematyczny. Chyba, że obie strony się na to godzą – fine. Czemu nie.

Kiedy słuchać rodziców?

Oczywiście osobami, które chcą mieć najwięcej do powiedzenia są zazwyczaj rodzice. I oni mogą mieć dużo mądrego do powiedzenia, ale… zazwyczaj nie mają. Sorry, będę brutalny, ale widziałem zbyt wiele rodziców tak rozkochanych w swoich dzieciach, że nie zaakceptowaliby żadnego partnera o ile nie byłby on identyczny jak oni. Albo najlepiej gdyby był nimi. Matki zakochane w swoich synkach – Edypach i tatusiowie nie chcący oddać swej córeczki żadnemu innemu facetowi. Obiektywizm – ZERO.

Oczywiście to nie jest tak, że rodzice nie mają nigdy racji. Może być wręcz tak, że to TY jesteś tą zaślepioną osobą, a rodzic chce przywołać się do porządku zanim będzie za późno. To cholernie trudno ocenić. Moi rodzice byli zawsze na tyle mądrzy, że nie wtrącali się do moich związków, może próbowali czasem bardzo, bardzo delikatnie coś tam mi przemycić. A może po prostu dokonałem świetnego wyboru. Zaraz, zaraz – jakie „może”? ;D Jedno jest pewne – jeśli zarówno rodzice jak i spora część znajomych mówi ci: „Chłopaku / dziewczyno, ogarnij się! Co ty robisz?!” to jest spora szansa, że to TY jesteś tą osobą, która podejmuje złą decyzję. Rzadko bywa tak, że tak wiele osób się myli. Przynajmniej porozmawiaj z tymi osobami. Może rzeczywiście chemia cię zaślepiła i pakujesz się w bagno… A może to oni nie znają prawdy. Rozmowa nie boli.

Ej, nie rób tabelki! 😉

Kurcze, źle się czuję. Może być tak, że teraz ktoś kto ma do podjęcia tak ważną decyzję, zacznie na chłodno analizować drugą osobę i tworzyć w głowie tabelkę ocen. Rozmyślać i porównywać. Z jednej strony to słabe, bo tak inne od wspaniałego rzucenia się w wir miłości. Z drugiej jednak warto choć trochę na chłodno pomyśleć, bo związanie się z drugą osobą na całe życie, to cholernie trudna sprawa. I jak widać po ilości rozwodów, wcale nie łatwa. Bo rozwód może być wynikiem braku pracy nad związkiem (a to też konieczne – sorry), ale także złej decyzji już na początku. Bo po prostu nie wszyscy do siebie pasują i kropka.

Jedno jest pewne. Im większym przyjacielem / przyjaciółką / kumplem / kumpelą jest twój partner / partnerka, tym większa szansa na to, że to dobry wybór. Sorry, nie wierzę w związki oparte w 100% na przeciwieństwach. One podobno się przyciągają, ale dla mnie to bardziej chwilowe zafascynowanie. Jeśli rdzeń jest zupełnie inny, jeśli wychowaliście się w zupełnie różnych wartościach i nie macie żadnych wspólnych pasji, to prędzej, czy później tematy się skończą, a piękne różnice zamienią się w powody do wkurwu i kłótni. Smutek.

Co oczywiście nie oznacza, że nie mogę się mylić. Przekonajcie mnie, że jest inaczej.

Jednak gdy widzę parę staruszków trzymających się za ręce, idących na jesienny spacer, to zawsze myślę sobie, że muszą być oni podobni do siebie w wielu sprawach i wyznawać podobne wartości. I zawsze marzę o tym, by tak właśnie było z nami 🙂