Kilka dni temu sieć obiegł pewien artykuł, którego linkować nie będę, w którym to autor żalił się straszliwie na rolę mężczyzny w dzisiejszej rodzinie. Artykuł był tak tendencyjny, że wydawałby się ironiczny – ale nie powstał ani w Faktoidzie, ani w ASZ Dzienniku, tylko w serwisie parentingowym. Nie będę się do niego odnosił, bo szkoda mojego czasu, podzielę się z Wami jedynie przemyśleniami które we mnie wzbudził.

Jestem mężem od prawie 8 lat. Jestem ojcem trójki dzieciaków. Prawdę mówiąc najmłodsze jest właśnie przeze mnie kołysane w wózku – nogą. To taki mały trick, który odkryłem 5 lat temu, można spokojnie kołysać dziecko w wózku nogą, podczas korzystania z komputera i chociażby pisania notki na bloga. Dwójka starszych śpi już na górze, przed chwilą ich wykąpałem i położyłem. Żona? Żona dziś imprezuje. To straszne, jak mogłem jej pozwolić? Jestem ofiarą.

Jestem ofiarą moich trzech kobiet i jednego chłopaka. I nie zamieniłbym tego na nic w świecie. Posiadanie dzieciaków to największa przygoda mojego życia, przygoda i jednocześnie transformacja – wyzbyłem się olbrzymiej ilości egoizmu, nauczyłem cierpliwości, ale przede wszystkim moja skala uczuć poszerzyła się znacznie. Nic nie jest w stanie oddać tego momentu w którym idę do nich wieczorem i okrywam kołdrą, patrząc jak sobie niewinnie śpią. Nic nie jest w stanie oddać trwogi która ogarnia mnie gdy tylko przez myśl przejdzie mi, że coś mogłoby im się stać.

My – ofiary, grupujemy się w stada. Mam mnóstwo dzieciatych kumpli. Czasem łapiemy się na tym, jakie to śmieszne – idziemy na męski wypad na browar, i nagle po kilku niewybrednych dowcipach, zaczynamy gadać o dzieciakach. O tym jakie są zajebiste, o tym co ostatnio zrobiły. Swoją drogą to śmieszne, że w przeciwieństwie do polityki, czy innych obszarów życia, tu faceci są mniej bojowi od kobiet 😉 Nie narzucamy innym metod karmienia, nie dyskutujemy o tym, czy lepsze jest nosidełko, czy chusta. Czy lepsze słoiczki, czy BLW. Po prostu dzielimy się radością posiadania małych diabłów w domu.

Współczuję autorowi tamtego tekstu i w głębi duszy myślę sobie, że może musi dorosnąć. Może naprawdę myślał, że celem życia jest wygospodarowania jak największej ilości czasu na to , by pójśc i nawalić się z kumplami, podczas gdy żona będzie gotowała w kuchni? W wolnym czasie zrobi mu coś na drutach, a może na szydełku? Gdy się znudzi porobi coś na tamborku, może jakąś wspaniałą serwetę na telewizor. Oczywiście o ile nie będzie przygotowywała mu piżamy i wody do picia – trzeba będzie się nim zaopiekować gdy wróci po ciężkim wieczorze z kolegami.

Współczuję takim facetom, bo są oni ofiarami jakichś stereotypów, wyobrażeń męskości sprzed 50, 100 czy 200 lat. Ich mózgi w dziwny sposób cofnęły się o te kilka dekad, do czasu amerykańskich filmów z lat 50-tych, w których ojciec wraca do domu, rzuca kapelusz na wieszak i krzyczy gromko „Honey I’m home!”.

Chłopaku, ogarnij się. To XXI wiek. Kobiety pracują. Kobiety mają prawo głosu. Prowadzą samochody, zakładają firmy. To czas związków w których panuje partnerstwo. Nie mam problemów z określeniem swojej męskości, ale u nas w domu to ja gotuję, a Mary ogląda mecze. Ona pierze i załatwia rachunki, ja chodzę na zakupy żywieniowe i znam się na kolorach. Ja kąpię dwójkę starszych dzieciaków, ona zajmuje się niemowlakiem.

BO TAK USTALILIŚMY.

Nie wstydzę się tego, że uwielbiam przytulać się do moich diabłów, całować dzieciaki znienacka i mówić, że je kocham. Bycie ojcem to nie kalka ze starych książek, obowiązkowe pójście na ryby, albo granie w piłkę. Owszem, pewnie trochę popykamy jak zrobi się cieplej.

Gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że ten tekst był ironią. Że faceci, którzy mają problem z tym, że trzeba kupić odpowiedni rodzaj pieluchy, albo nauczyć się przygotowywać mleko dla dziecka, to jakiś równoległy do mojego świat pełen osobników MACZO, który umiera i zmniejsza się z każdym dniem.

Świat wokół mnie pełen jest normalnych facetów, nie zniewieściałych kolesi którzy nie mogą znaleźć miejsca w życiu, tłamszonych przez swoje żony. Normalnych gości, którzy totalnie pozytywnie odlatują, gdy urodzi im się mały klon. Pozytywnych wariatów, którzy nie wstydzą się okazywać uczuć do dzieciaków. I choć oczywiście nie raz podświadomość chciałaby więcej wolności, czy mniej obowiązków, to cieszymy się w głębi duszy, że nasze żony są naszymi partnerkami, a nie służkami.

Co więcej, pomimo zajmowania się trójką na równi z Mary, mam czas na to by rozwijać firmę, prowadzić dwa blogi, zajmować się domem, a także regularnie spędzać czas z kumplami, czy grać w gry.

No właśnie. A propos. Uciekam. Młoda zasnęła. Playstation stygnie 🙂

real

Aha, a propos. Koszulka, którą zaprojektowałem z pół roku temu, trochę na temat. No dobra, dobra, nie wszyscy muszą. Ale to takie dziwne dziś, że faceci gotują? Przy tylu szefach kuchni?