Kiedy dwa tygodnie lecieliśmy w kierunku La Palmy, nie wiedzieliśmy jeszcze do końca co nas czeka. Miało być bardziej dziko i mniej turystycznie niż na pozostałych Wyspach Kanaryjskich. I rzeczywiście tak było. Siedzę właśnie w samolocie patrząc przez okno na błękitny Atlantyk i zastanawiam się, czy przyznać La Palmie pierwsze miejsce, czy… pierwsze miejsce ex aequo z Fuerteventurą. Bo było rzeczywiście inaczej – i bajecznie.

Jeśli szukasz wyspy na której chcesz hucznie poimprezować, zanurzyć się w szale wspólnych tańców, alkoholowych szaleństw, poleżeć plackiem na plaży i pokorzystać z miliona atrakcji turystycznych to… nie jedź tutaj. Bo srogo się zawiedziesz.

Ukształtowanie i klimat

Domy tu sa prześliczne

Domy tu sa prześliczne

La Palma to połączenie Wysp Kanaryjskich i Madery – jeśli ktoś na niej był, to wie o czym piszę. Jest bardzo, bardzo górzysta i zielona – ze względu na występujące tu opady oraz źródła wody pitnej. Dostępność wody powoduje, że jest ona zupełnie inna on pozbawionych wody Fuerteventury i Lanzarote. Tam napotkasz pustynne krajobrazy i bardzo rzadko rozmieszczone miasteczka będące oazami turystycznymi. Tutaj – małe wioski i malownicze miasteczka mające poniżej 1000 mieszkańców, rozmieszczone na calutkiej wyspie, ale o nich za chwilę.

Wulkan Teneguia

Wulkan Teneguia

La Palma to także góry – to najmłodsza z Wysp Kanaryjskich, ma 20 km szerokości, 40 km długości i różnice poziomów dochodzące do 2500 m n.p.m! To nie jest wyspa dla ludzi nielubiących gór 🙂 I raj dla tych, którzy je uwielbiają. Komplikuje to jednak podróżowanie – podróż na drugą stronę wyspy trwa nawet godzinę – trzeba wspiąć się górską drogą, ale… jakie widoki!

Klimat La Palmy jest nieco kapryśny, właśnie przez góry. Czasem chmury zatrzymują się po jednej stronie pasma górskiego – i tak, może z nich nieco popadać. Czasem szczyty są zupełnie widoczne, czasem toną w chmurach.

Czarna mąka

Czarna mąka

Acha, nie ma tu piasku, więc odradzamy wyspę tym, którzy koniecznie chcą złotych piasków. Wyspa jest zbyt daleko od Sahary, by dowiało tu piasek (polecamy Fuerteventurę). Czarne plaże nie sa jednak tak złe jak mogłoby się wydawać 🙂

Ruch turystyczny

To, że nie ma tam właściwie masowej turystyki doceniliśmy dopiero gdy dostaliśmy się promem na Teneryfę (stamtąd lecimy do Warszawy). Tysiące turystów, stoiska z ręcznikami, pamiątkami, markety, okulary, dmuchane zabawki i pełno innego badziewia. Na La Palmie praktycznie tego nie znajdziesz. I to jest piękne.

Turyści to głównie Hiszpanie oraz sportowo usposobieni Niemcy i Holendrzy. Nie ma właściwie basenowych zalegaczy – choć można oczywiście pobyczyć się przy basenie, to raczej nie jest wyspa dla tych którzy wyobrażają sobie tak cały urlop 🙂

Lokalne życie

Na poprzednich wyspach brakowało mi bardzo lokalnego życia. To coś, czego szuka każdy turysta (no dobra, nie każdy) i prawdę mówiąc zazwyczaj albo tego nie znajduje, albo znajduje w „zakopiańskiej”, przaśnej, stworzonej pod turystów formie. Tutaj naprawdę ono istnieje. Na ulicach słyszysz hiszpański, no może za wyjątkiem niemieckiego którego jest pełno, ale takie życie 😉

Przystawka była całkiem spoko

Przystawka była całkiem spoko

Nie ma za to brytyjskich pubów i barów których pełno na Fuercie i Lanzarote – ciągle nie rozumiem jak można jechać tak daleko i chcieć jeść lokalne jedzenie 😉

Jedzenie

Nie byłbym soba, gdybym nie wspomniał o jedzeniu 🙂 To lokalne jest nieco bogatsze niż na pozostałych wyspach – oprócz wszechobecnych papas arrugadas (choć bardzo je lubię) dostaniesz też kozie sery z grilla, czy inne specjały kuchni kanaryjskiej. Sporo też dań kuchni hiszpańskiej – choćby pysznych tortilli (hiszpańskich, nie meksykańskich, czyli lacków jajeczno-ziemniaczanych), czy gazpacho. Nie bez znaczenia jest też fakt, że na wyspie pełno jest apartamentów, czyli pokoi hotelowych z aneksem kuchennym, za to bez jedzenia – gotujesz sobie sam, albo jesz w lokalnych barach i restauracjach.

I wiecie co? Dzięki temu jedliśmy znacznie, znacznie mniej! Mając opcje HB (śniadania+kolacje) lub ALL (raz, wyjazd z małymi dziećmi, proszę o pokutę) żarliśmy jak tuczniki. Rano koniecznie jajecznica albo sadzone jajka, bekon, parówki, bułki, fasolka. Na lunch obowiązkowo fryty i mięso, tłuste sosy, wieczorem kolacja – jeszcze nieco frytek i mięsa, albo owoce morza. Smażone. Tu o dziwo jedliśmy bardzo mało! Rano wystarczała bułka i kawa, czasem jajko sadzone lub plasterek szynki hiszpańskiej. Jako, że wstawaliśmy czasem ok 9-10 (nie trzeba spieszyć się na śniadanie, byliśmy też bez dzieci :D) ten posiłek starczał nam nawet do 14-16. Potem obiadokolacja (całe szczęście tutaj restauracje są przygotowane na turystów, więc dają jedzenie kiedy ktoś jest głodny, a nie kiedy jest na to pora). Summa summarum jedliśmy zazwyczaj tylko dwa posiłki dziennie! W takim upale nie jest to dziwne, czasem na kolację, do drinkó zjedliśmy jakąś przystawkę, czyli krewetki w oleju czosnkowym, albo specjały tajskie (w hotelu znajdowała się tajska restauracja, trudno było się nie skusić.)

Mogliśmy też gotować sami, więc można było spokojnie kupić w markecie mrożone krewetki lub ośmiornicę i po prostu je przyrządzić 🙂

Podsumowanie

La Palmę polecamy wszystkim którzy chcą urlop gdzieś pomiędzy dziczą Azji, a swojskością Europy. My pojechaliśmy tam głównie dlatego, że początek października nie nadaje się na wyjazd do egzotycznych lokalizacji (Azja, czy Ameryka Południowa), ale naprawdę to świetny kompromis. Warunki są mocno europejskie – euro, brak robactwa i chorób, brka natrętnych sprzedawców, brak przestępczości (tu nawet lepiej niż w niektórych miastach Europy), a z drugiej strony jest mocno egzotycznie – gorąco w październiku i kosmiczne widoki. A do tego wreszcie możliwość konkretnego poszwendania się po górach – tego brakowało mi do tej pory na każdej wyspie na którą jeździliśmy.