Poprzednie dwa dni nicnierobienia służyły nam przede wszystkim do zbierania sił – otóż od samego początku planowaliśmy przejść pieszo połowę wyspy, w dodatku granią. To wytyczony szlak nazywający się „Ruta de los Volcanes”. I to właśnie nam się udało, choć nie było wcale tak proste jak mogłoby się wydawać. Jak już pisałem La Palma ma ok 40 km długości, my zdecydowaliśmy się przejść ją od środka na południe.

Nie jest to proste – już na samym początku trzeba wstać o chorej godzinie kiedy jest już ciemno. W naszym wypadku było to o tyle łatwiejsze, że obudziły nas pieprzone komary, o których pisałem w poprzedniej notce. Było dość wcześnie, ale po polowaniu na komary nie mogliśmy już zasnąć. Ogarnęliśmy się, zrobiliśmy zakupy w markecie, popatrzyliśmy się na wschód słońca nad Atlantykiem

Wschód słońca nad Atlantykiem

Wschód słońca nad Atlantykiem

 

i wzięliśmy taksówkę do Refugio del Pilar. Stamtąd tylko 6 godzin trasy.

Trasa zaczyna się w lesie sosnowym. Ale nie jest to taki zwykły las sosnowy – jak np ten w Otwocku, gdzie spędziłem swoje dzieciństwo, tylko las nieco większy. Większy, bo sosny są tu gigantyczne, a ich szpilki są długości dłoni dorosłego mężczyzny. Swoją drogą widzieliśmy ostatnio ciężarówkę wywożącą je z gór – w sumie możnaby nimi nawet napchać materac, albo poduszkę 🙂

 

Sosna Kanaryjska

Sosna Kanaryjska

Droga wiedzie nieco pod górę, najpierw z poziomu lasu trzeba wejść na grań, co zajmuje dobre półtorej godziny. Pogoda całe szczęście okazała się dość łaskawa i tego dnia na niebie było sporo chmur.Może to trochę słabo z punktu widzenia zdjęć – nie ma ciemnochabrowego nieba kontrastującego z czernią skał wulkanicznych – jednak z punktu widzenia piechura to całkiem fajna konfiguracja. Przynajmniej zbytnio się nie spociliśmy 🙂

Granica wegetacji - do tego miejsca doszła lawa w ostatnim wybuchu

Granica wegetacji – do tego miejsca doszła lawa w ostatnim wybuchu

Do tej pory pamiętaliśmy każdy wulkan który widzieliśmy – z nazwy, wyglądu i czasu kiedy go zwiedziliśmy. Ruta de los Volcanes wszystko zaburzyła. Wulkany wyrastały i zostawały za nami niczem grzyby po deszczu. Wyspa jest młoda i jest tu ich całkiem sporo – niektóre wybuchły kilkaset lat temu, inne kilkadziesiąt.

Fajnie jest mieć czas tylko dla siebie :)

Fajnie jest mieć czas tylko dla siebie 🙂

Trasa wiodła wśród kamieni z zastygłej lawy albo drobnego popiołu wulkanicznego. Wznosiła się i opadała, więc te 20 km to rzeczywiście 6 godzn marszu z minimalną ilością postojów.

Trasa pomiędzy wulkanami

Trasa pomiędzy wulkanami

Widoki są iście kosmiczne. Albo czerń zastygłej lawy, albo popiołów kontrastujące z wściekle zielonymi, młodymi sosnami odradzającymi się w popiele, albo ocean wyglądający spomiędzy chmur i widoczne odległe miasteczka, albo beż opadłych igieł sosnowych i wielkie sosny. Jeśli chodzi o wrażenia wizualne to naładowaliśmy baterie na wiele miesięcy.

Wulkan Martin, w tle chmury.

Wulkan Martin, w tle chmury.

Po marszu granią i widoku na chmury oraz ocean – w końcu grań to ok 1800 m npm – nadszedł czas zejścia. Nie schodziliśmy do poziomu morza, ale na 700 metrów, więc jednak jest to dość mocne zejście. Całość ratował spacer po pyle wulkanicznym – mocno amortyzuje on zejście, choć i tak spodziewaliśmy się bólu łydek. No właśnie, tak też się stało…

Tak wygląda człowiek korzystający z analogowej mapy

Tak wygląda człowiek korzystający z analogowej mapy

Zeszliśmy do Los Canarios, by zobaczyć jak chmury dosłownie wpływają na miasto – piękny widok!

Los Canarios i chmury

Los Canarios i chmury

Zjedliśmy do nieco i zdecydowaliśmy się na taksówkę – trudno, niech kosztuje. Byliśmy tak zmęczeni po 6 godzinach, że Mary usnęła po drodze. Ale było warto, oj było!