Kiedy myślę o Wiedniu, czy całej Austrii to przed moimi oczami ukazuje się oczywiście Dunaj i Mozart, ale także klimaty knajpiano-piwno-szwejkowo-cesarskie. Wiem, wiem, to bardziej Czechy i Galicja, ale jednak spodziewałem się tu trochę bardziej klimatów sznyclowych niż Mozartowych. Niestety.

W sumie to i sznyclowych jest dość mało. To miasto dość duże, zbudowane z rozmachem, który trochę przytłacza po wąskich uliczkach Florencji i Wenecji. Lubię secesję, ale ducha miasta jako takiego nie poczułem. Może to także kwestia etnicznej mieszanki która jest tu bardzo widoczna – nic oczywiście do niej nie mam, ale to powoduje że miasto zmienia klimat na nowojorski, kosmopolityczny. Tu widać przede wszystkim Bałkany – mnóstwo europejskich muzułmanek w chustach na głowach. I mnóstwo Polaków – turystów.

Ruszamy w stronę Prateru i wiedeńskiego diableskiego młynu. To wesołe miasteczko położone właściwie w centrum Wiednia. Przy wejściu jest naprawdę klimatycznie – zwiedzamy muzeum z ruchomymi makietami – jedna z nich przedstawia szarżę husarii! 😀

Szarża husarii

Szarża husarii

Potem sam młyn – można z niego zobaczyć panoramę Wiednia – całkiem dobra inwestycja.

Diabelski Młyn

Diabelski Młyn

Reszta miasteczka przypomina te nasze – skutery, karuzele, mocne bity jarmarcznej muzyki i te sprawy. Frankowi oczywiście podoba się bardzo.

Uciekamy z wesołego miasteczka i kręcimy się nieco po Wiedniu próbując chłonąć jego ducha. Budynki są rzeczywiście piękne, ale jakoś Wiedeń nas do siebie zbytnio nie przekonuje.

Kaiser w słońcu

Kaiser w słońcu

Pakujemy się więc do samochodu i ruszamy na północ, w stronę Pragi. Mieliśmy nawet myśl, żeby odwiedzić położoną bardzo blisko Bratysławę, ale pada deszcz, a czasu dużo nie mamy.

Wjeżdżamy do Pragi i pakujemy się do Botelu Albatros – hotelu na Wełtawie urządzonego na starej barce – fajny i niezbyt drogi – jak na centrum Pragi – pomysł. Tym bardziej, że dostajemy bonusowo dwupokojowy apartament.

Jedzenie – super. Mój „krvavy” Pfefferstek i pstrąg z czosnkiem na grillu dla Mary rekompensuje nam drogę. Do tego butelka Rieslinga – wreszcie możemy sobie pozwolić na kolację z przystawkami i butelką wina – ceny są coraz bardziej ludzkie 🙂