Opuszczanie nadmorskiego ośrodka tego typu po jednym dniu pobytu to trochę pain in the ass. Wszystko musi być wysprzatane na glanc – rozumiem gdy robi się to po dwóch tygodniach, jednak po jednym dniu to nieco męczące. Choćby mycie grilla po dwóch grillowaniach. A checkout do 10.00…

Obudziliśmy się więc dość wcześnie i zaczęliśmy trudny proces pakowania. Trudny, bo przerywany pilnowaniem czy Franek nie poszedł sobie na plażę, abo czy Lila nie stwierdziła że czas wykonać dziki skok ze schodków balkonowych. Cudem udaje nam się wyjechać o czasie – podróż do Wiednia wg planu ma zająć 5 godzin, więc stosunkowo krótko. Rzeczywistość niestety jest inna. Przecież jest 1.05, więc w większości krajów Europy trwa wypad na majówkę. Korki, korki, korki. Nieczynne sa też sklepy – szkoda, bo potrzebuję bardzo miejsca na dysku  – nie mieści już mi się nagrywane wideo.

Wjeżdżamy do Austrii. I zatrzymujemy się na stacji benzynowej. No właśnie – kilka słów o stacjach.

W Niemczech jest ich nieco mniej niż w Polsce. Ale można zjeść na nich całkiem przyzwoite posiłki. W Szwajcarii jest ich bardzo mało, nie są czynne non stop i nie ma na nich jedzenia. Szwajcar po pierwsze dobrze planuje podróż, po drugie nie jada w takich miejscach. We Włoszech natomiast jest ich pełno. W jednym miejscu widzieliśmy… siedem stacji benzynowych obok siebie. Serio. I można zjeść na nich całkiem rozsądnie – pizzę, gorące kanapki i inne specjały – o klase lepsze niż nasze hot dogi.

Ale to co zobaczyliśmy w Austrii przeszło nasze najśmielsze oczekiwania – stacja w okolicach Klagenfurtu poraziła nas bogactwem jedzenia – to właściwie duży bar z mnóstwem jedzenia do wyboru, jedzenia na poziomie restauracyjnym. I to austriackim – wreszcie zjadłem porządnego pieczonego świniaka mit Kartoffeln oraz ogórkami kiszonymi. A gdy weszliśmy na taras oczom naszym ukazał się piękny widok na Wörthersee. Wow.

Widok ze stacji benzynowej ;)

Widok ze stacji benzynowej 😉

Ruszyliśmy w stronę Wiednia – cała podróż zajęła nam niestety ponad 8 godzin, a wjazd okazał się dość zakorkowany. Choć to był dopiero początek niespodzianek.

Po pierwsze okazało się, że nasz hotel jednak nie ma parkingu. To pewnie jakieś nasze przeoczenie podczas rezerwowania – robiłem je na zrywającym się ciągle necie w Bibione. Musieliśmy taszczyć walizki z pobliskiego parkingu i wydać dodatkowo na niego 28 euro.

Po drugie pani poinformowała nas, że nie ma pokoi z podwójnym łóżkiem, tylko dwoma pojedynczymi, co utrudnia spanie z dzieckiem.

Po trzecie zabrakło też łóżeczek dziecięcych. I nie zaproponowano nam innego pokoju, co często czyniono gdzie indziej. No cóż, dobrze chociaż że był to najtańszy z naszych hoteli (60 Euro za wszystkich).

Trochę źli ruszyliśmy  stronę centrum. Całe szczęście na przeciwko hotelu znajduje się stacja metra – Alser Strasse. Jedna przesiadka, 15 minut i jesteśmy na Stephanplatz. (mają 8 linii metra, eh!)

Wyjeżdżamy małą windą na powierzchnię i… BACH! Oczom naszym ukazuje się olbrzymia, strzelista katedra św Stefana. Piękna.

Św Stefan nocą

Św Stefan nocą

My jednak szukamy miejsca gdzie możemy coś zjeść. Znajdujemy knajpkę z ogródkiem i zamawiamy. Ja oczywiście Wiener Schnitzel, Mary – żeberka z grilla. Sznycel okazuje się po prostu drogim kotletem schabowym. Ok, ok, zamówiłem wersję tradycyjną, cielęcą. 18 Euraczy. Bez rewelacji, ale zjeść było trzeba, no bo jak nie tu, to gdzie?

Żeberka za to nie-sa-mo-wi-te! Nie mam za dużo energii aby kręcić się tu wieczorem, zresztą dystanse są tu spore, więc wracamy do hotelu – pochodzimy jutro.