Zawsze mówiłem sobie: będe zajebistym ojcem. Muszę być. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest tak, że miałem złe dzieciństwo, wręcz przeciwnie. Pewnie lepsze niż spora część z Was. Miałem i mam nadal najwspanialszych rodziców na świecie – wiecznie młodzieżowych, zapewniających mi wszystko w dzieciństwie, choć rozsądnie wszystko dawkujących. Kiedy myślę o Nich widze ich rozterki, ich problemy – co dać, czego nie dać, balansowanie między „nie chcę być zły” a „nie chcę rozpieszczać”. Byli (i są) cierpliwi az do bólu, choć wytrzymać ze mną pewnie było naprawdę trudno. Naprawdę było mi dobrze.

Ale mimo wszystko mówiłem sobie zawsze: przeciez to proste, przecież wystarczy nie zmienić się, myśleć jak dziecko, nie zestarzeć się, być kumplem swojego syna. Przeciez tak będzie! Wiem to. I rzeczywiście tak się w pewnym sensie stało – nigdy do końca nie dorosłem, choć to temat na zupełnie inną, obszerną notkę.

Ale rzeczywistość jest rzeczywistością. Choć już jesteś w ogródku, już witasz się z gąską, to jednak twój punkt widzenia zmienia się, jakbyś bardzo nie chciał być tam gdzie byłeś do tej pory. Po prostu…

Zakazuję. Zbyt wiele zakazuję. Tłumaczę sobie, że to z troski, z dbania o to żeby wszystko było dobrze. Zaczęło sę od rzeczy prostych – nie wkładaj palcy do kontaktu, nie sięgaj po nóż który leży na blacie. Nie skacz z kanapy. Ale po chwili okazało się, że tych „NIE” namnożyło się tyle, że sam siebie zacząłem postrzegać jako tyrana który na nic nie pozwala. Z lenistwa, z wygody. Nie rób tego, nie rób tamtego. Bo tak.

Nie rozumiałem nigdy tej mnogości zakazów. „Ja nigdy taki nie będe, dlaczego nie mogę tego robić?”. Nie rozumiałem, bo nie wiedziałem wtedy że życie nie kręci się wokół mnie. Że rodzice zmęczeni dniem chcą po prostu odpocząć, usiąść, ułatwić sobie tę końcówkę dnia. Dmuchają na zimne, nie pozwalają na to czy tamto właśnie dlatego żeby dzień skończył się normalnie. Żeby nie było obciętego palca, rozwalonej głowy, czy spalonego domu.

Ta wygoda wychodzi ze mnie na każdym kroku. Nie pozwalam na wiele rzeczy, bo tak jest łatwiej. Bo leżę na kanapie i nie chce mi się zbierać kartki podartej na milion kawałków. Bo nie chce mi się zbierać plasteliny powlepianej w każdą możliwą szparę podłogi. Bo boję się, że za chwile będe musiał jechać do szpitala, choć szanse na to że coś się stanie są znikome, a ja sam robiłem rzeczy milion razy gorsze. Czy to starość?

Nie ruszaj tego, to nie do zabawy. Dlaczego? Nie baw się jedzeniem! Dlaczego? Bo pewnie ja będę musiał sprzątać. Zbierać resztki z podłogi, myć stół. Dla własnej wygody zabraniam dziecku rozwijać się kreatywnie, tworzyć smoka z kanapki i dzikiego zwierza z sałatki. Chce iść łatwą drogą, wygodniej, prościej. Nie rób, nie rób, nie, nie, nie. Dziś zabroniłem użyć dwóch past do zębów na raz. Bo raz wziął z jednej raz z drugiej tubki. Dziwne to. NIE! Nie rób tak. Dlaczego do cholery? Rób, używaj, kombinuj, smakuj, DLACZEGO NIE???

Na placu zabaw zamieniam się w starego pierdolca. Każda drabinka, każda huśtawka to potencjalna tragedia. GEEZAS. Ile ty masz lat, 80? Przecież robiłeś o wiele gorsze rzeczy, ogarnij się człowieku.

A tak mało potrzeba. Rozumieć. Słuchać. Nie bagatelizować. Poważnie traktować to, co dla mnie jest proste, wręcz prostackie i błahe. Wystarczy włączyć wyobraźnię. Minimalnie, widzieć niewidzialne smoki, wymyślać niestworzone historie, pleść bujdy i opowiadać improwizowane bajki. Bawić się w bzdury i akceptować to co dzieciaki wymyślą. Co z tego, że klocki nie miały służyć do TEGO. Może właśnie wymyślą ich nowe zastosowanie? SO WHAT? Niech tak będzie.

Miałem Wujka, niestety zginął w miarę młodo. Pamiętam Go do dziś. Zawsze gdy przyjeżdżał do Warszawy przychodził do nas. Psocił razem z nami. Wyłączaliśmy korki, wrzucaliśmy ciotce mokrą chusteczkę do buta. Gadaliśmy o bzdurach. To było takie wspaniałe.

Walczę ze samym sobą, próbuję pozwalać i jednocześnie nie rozpuszczać. Nie ma jednego prostego podręcznika, almanachu wiedzy, nieomylnej encyklopedii. Nie mam pojęcia jak postępować. Jak dawać przykład. Trudne to strasznie. A jednocześnie tak niesamowite.

A jeszcze tak wiele przede mną. To dopiero początek. Szkoła, problemy, prace domowe, wagary, miłości. Rany. Co wtedy?

Ojcem być.