Czas na lekką odmianę – dwa dni pod rząd na basenie to trochę za dużo. Postanowiliśmy więc udać się do stolicy. To o tyle proste, że ta odległa jest o jakieś 1,5 kilometra. Przygotowaliśmy więc oba wózki i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy wzdłuż szosy. Po lewej stronie mijamy spalone słońcem trawy i widok na góry, które nie są już tak nieznajome jak na początku – tamtędy wracaliśmy przedwczoraj z Kefalos. Co jakiś czas natomiast mijaliśmy kolejne nieudane inwestycje o których już pisałem. A przecież możnaby spokojnie postawić tu knajpkę z darmowym WiFi, skoro w hotelu są one płatne. Na 100% Udawałaby się tu część gości znudzona przemysłowym żarciem i wyborem – drinki z butelek za friko, albo Jack z Colą za 10 Euro. Ale nie, lepiej postawić kolejny plac zabaw dla dzieci. Z napisami po grecku, tak żeby turyści nie zrozumieli.

Docieramy do miasta Kos. Miasto to sporo powiedziane, to chyba najmniejsza ze stolic naszych dotychczasowych wysp. Zaniedbane i brudne uliczki przeplatają się ze stoiskami pełnymi turystycznego ścierwa. Ręczniki i zabawki ze wszystkimi bajkami które Franek zna na pamięć, stojaki z okularami (w tym sezonie oczywiście pełno Aviatorów i Wayfarerów, wszystko original RayBan. Z naklejką. Za 7 Euro.) Kupiliśmy sobie, a co. Nie kupiliśmy sobie znowy porządnych, a słońce razi. Nie będzie szkoda jak się zniszczą.

Chuligani greką. Wspaniale 🙂

Mijamy naganiaczy plażowych i kierujemy się w stronę platanu Hipokratesa. Jest rzeczywiście starutki, rozpościera się na specjalnym rusztowaniu które chroni go przed złamaniem. Siadamy koło niego w małej kafejce i popijamy lunchowe piwko z mikrobrowaru i kawę. Warto dla takich chwil opuszczać hotel, coraz bardziej nie trawię All Inclusive. Co zrobić.

Platon Hipokratesa. Platan znaczy się.

Takie tam z ręki. Fajnie uchwyciłem?

LOVE.

Kręcimy się jeszcze nieco po miasteczku i wracamy do hotelu na późny lunch. Reszta dnia oczywiście przy basenie. A wieczorem tradycyjne disco dla dzieci. No właśnie, może słówko o programie wieczornym.

Program składa się z dwóch części, obie odbywają się w wielkim namiocie. Pierwsza to część dla dzieci. Prowadzą je animatorzy z hotelu – zarówno ci hotelowi, jak i ci z biur podróży, w tym nasi, Itakowi. Animacje dla dzieci to 45 minut puszczonej taśmy, tej samej. Po kolei pioseniki dla dzieci i mechaniczne ruchy animatorów – ja nie moge już słuchać tych piosenek po tygodniu, oni są tu najmarniej trzy tygodnie. Na końcu malowanie twarzy/rąk we wzory farbkami. Czyli kolejka długa na kilkanaście osób i ciach, ciach, ciach. Franek nie jet specjalnie zainteresowany tańcem, więc przede wszystkim wyjmuje swoje auta (oczywiście wszystkie z bajki Cars) i szpanuje. Jeździ, czasem pozwoli komuś dotknąć. Życie młodych chłopców dziś toczy się wokół tej bajki. Kompletnie.

Po części dla dzieci następuje część dla dorosłych. Ta dla odmiany różni się od siebie każdego dnia. Raz jest to bingo, innym razem skecze wykonywane do znanych hitów (całkiem udane, muszę przyznać – zapytajcie mnie o „numer z patelnią” – jest niesamowity :D). Dziś natomiast odbyło się… No właśnie. Masakra.

Dziś odbył się wieczór austriacki. Ano. Ale najpierw moje spostrzeżenie.

Otóż każdy kto podróżował po Europie, lub choć trochę orientuje się w tym co dzieje się na świecie, wie że generalnie północ Europy rządzi gospodarczo. To nie Hiszpanie, Portuglaczycy, czy Grecy rządzą ekonomicznie Europą, szczególnie ostatnio. To narody północy, czy też północnego środka są generalnie bardziej pracowite, czy przede wszystkim bardziej zorganizowane i schludne. Raczej Szwedzi, Austriacy, czy Holendrzy.

Ale jedno muzę przyznać – jeśli chodzi o folklor, to południe bije północ na głowę, bez dwóch zdań. W kulturze hiszpańskiej jestem zakochany. Bezwarunkowo. Południowa Francja i jej winnice, Włochy, czy właśnie Grecja – bajka. Muzyka, stroje, wszystko. Senne miasteczka, ich architektura, styl życia, siesty. To wszystko – może przez kontrast – uwielbiam. Ale folklor północy jest po prostu obciachowy.

Mogłem podejrzewać, że coś będzie nie tak widząc nazwę dzisiejszego zespołu – Friedriechsbachenbadenbadencośtamcośtamwihajsterherrflickmeineliebefreuilain i tak dalej. „Nic to” pomyślałem „pewnie będą robić covery znanych kawałków z lekkim niemieckim akcentem”. Jakże srogo się myliłem.

Otóż od samego początku rozległo się z głośników jakieś niemieckie disco-polo, jakiś hardkor który nie trafia do mnie chyba żadną z możliwych ścieżek. Do tego na sali – jak się okazało – znajdowało się kilkadzieisąt Niemców, Austriaków, czy innych tam, wesoło klaszczących w rytm. Oh Mein Gott. Może to oddać chyba tylko film.

[TU BĘDZIE FILM] 😉

Zarządziłem ewakuację.