Powiedzmy to sobie jasno. All Inclusive to ZŁO. Nie tylko z powodów o których wspominałem w tej notce, to po prostu zło dla osób które z niego korzystają. Wyobraźcie sobie dwa tygodnie w miejscu, gdzie zza każdego rogu wyglądają uśmiechnięci panowie i panie gotowi napełnić szklankę alkoholem. Ile się chce. Obok szklane gabloty pełne jedzenia. Świeżych frytek, mięsa, sałat, sosów, ciast, lodów i innych łakoci. To jest hardkor. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek postanowienia umiarkowania to znikają przy każdej możliwej sposobności. No bo jak wytrzymać?

Umiarkowanie kończy się zazwyczaj w połowie makładania posiłku. Najpierw feta, cebula, ogórek, tzaziki. Ryba. Zdrowa jest przecież. To może trochę frytek. Może jeszcze? Trochę mięsa. Sama ryba to przecież za mało. Pusto ten talerz wygląda. Może jeszcze frytek? Hardkor.

Wydawałoby się, że to raj. Może dla niektórych, dla nas nie. Dlaczego? Otóż opisywałem we wspomnianej już notce, że All Inclusive nie jest wcale wspaniały, bo nie obejmuje wielu rzeczy. I tak właśnie jest. Wyobraźcie sobie hotel będący małym miasteczkiem. Nie wiem ile jest tu osób, ale trzeba liczyć to w tysiącach. Kilka basenów, kilka barów i resturacji. Sprzedaż non stop. Dlatego zarówno jedzenie jak i picie są po prostu robione na skalę przemysłową.

Z jedzeniem prawdę mówiąc nie ma aż takiego problemu. Jest spory wybór, choć nie ma na przykład zupełnie owoców morza. Szkoda, bo ta dieta pewnie by mnie az tak nie zabiła. Zobaczymy co będziemy mówić o tym jedzeniu za dwa tygodnie :]

Gorzej z piciem. Otóż tak jak się spodziewaliśmy ilość kombinacji wliczonych w cenę jest mocno ograniczona. Co więcej – są to oczywiście alkohole lokalne. Nie ma problemu z ouzo – ono jest lokalne i być powinno. Piwo też daje radę. Wódka jak to wódka – i tak jej nie lubię. No ale „lokalne” whisky to po prostu jakaś masowo produkowana tragdia whiskopodobna. Myślę, że whisky „Tesco Korzystny Zakup” byłoby lepsze w smaku. A to wszystko serwowane w kubkach przypominających kubki do mycia zębów. Bueh.

No i wino. Nie spotkałem się do tej pory specjalnie z geckimi winami, to chyba nie jest najsilniejsza strona tego kraju. A nawet jeśli (poprawcie mnie jeśli się mylę) to na pewno nie jest to właśnie to wino które tu serwują. Oczywiście można kupić wszystko inne – za gotówkę. Dobre whisky, wyciskane soki, wino.
I jeszcze jedno – bary przy basenie serwują tylko piwo i wino z dystrybutorów. Pewnie po to by nie być zbyt pijanym gdy pilnuje się dzieci. A o dzieciach za chwilę.

Słowem – niby wszystkiego jest w bród, niby trudno się powstrzymać, ale mega wyboru nie ma. A to – przypomnę – hotel 5 gwiazdkowy. Nawet stosując przelicznik grecki, to takie hiszpańskie 4 gwiazdki. To dużo. Nie chcę wyobrażać sobie „ALL-a” w hotelu * * *.

Miałen napisać o dzieciach. Tak, jest ich tu pełno. W końcu „ALL” jest dla rodzin z dziećmi, albo osób wybitnie leniwych (no offence :P). No dobra, może ma sens jeszcze w przypadku gdy wyjeżdża się do kraju w którym wokół hotelu nic nie ma. Ale to musi być jakaś masakra 😛

Spędzamy więc kolejny dzień na basenie – tym razem innym, w głównej części hotelu. Właśnie, jeszcze jedna rzecz. Nasza część hotelu, „Sattelite” jest odległa od głównej części prawie kilometr. Co więcej, aby tam dojść trzeba na chwilę wyjść na małą uliczkę – pomiędzy oboma kompleksami stoi kilka prywatnych budynków. Pewnie właściciele nie chcą dogadać się z hotelem, choć temu musi bardzo zależeć na ich wykupie.

I tu następuje tradycyjna pochwała przedsiębiorczości Polaków, takiej którą widziałem tylko u Turków i Chińczyków. U Greków niestety zupełnie jej nie widzę. Wyobraźcie sobie wielki kompleks hotelowy z tysiącami osób. Osób które gdy chcą kupić coś extra muszą wydać sporo kasy. Dlaczego nie otworzyć obok marketu, lub mini restauracji – czegokolwiek. Zamiast tego mamy jakiś opustoszały plac zabaw ze starymi zabawkami, kurnik i coś jeszcze. Nie dziwne że Grecy mają kryzys.

A my? No cóż. Nie będę was tym zanudzał. Znowu basen jedzenie, basen. Wynajęliśmy samochód na wtorek. Wreszcie jakaś odmiana 🙂

I jeszcze wieczór. Jako, że Franek nie miał zbytnio ochoty iść spać postaowiliśmy przejść się na spacer nad morze. Wyszliśmy z hotelu i… wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy na wyjeździe. Bujna roślinność, świerszcze, cisza. Tak, opuszczenie hotelu było dobrym pomysłem 🙂 Po chwili wjechaliśmy na specjalnie wybudowaną drewnianą kładkę i poszliśmy w stronę morza. Po lewej stronie kładki wyrastały wielkie, trzymetrowe trzciny. Pomyślałem, że gdzieś już je widziałem… tak. W Grecji. Właśnie zdałem sobie sprawę, że ostatni raz w Grecji byłem (nie licząc krótkiej wizyty na Rodos) w… 1986 roku. Z rodzicami, przyczepą kempingową. Było to tak dawno, że… O rany. Mój Tata miał wtedy tyle lat co ja teraz. Dawno 🙂

Doszliśmy do morza. Króciutka piaszczysta plaża była co chwilę pożerana przez spore fale. Usiedliśmy sobie na chwilę na leżakach patrząc na przeciwległy brzeg z górą którą pokrywały światła pobliskiego miasteczka. To chyba stolica wyspy i druga część zatoki. Widok nieziemski. Tak, musimy zwiedzić wyspę, bez tego nie poczujemy w pełni wyjazdu. Choć jeden dzień drogi, po staremu.