Natura troszkę sobie ze mnie zadrwiła. Z jednej strony wyposażyła mnie w bardzo dobry węch i smak. Jestem jednocześnie osobą która odbiera życie zmysłami (Feeling a nie Thinking w typologii Briggs-Myers), więc właściwie zmysły są dla mnie wszystkim. Kiedy jestem zdrowy potrafię delektować się jedzeniem przez cały dzień, lub wyczuwać zapachy odległe ode mnie o setki metrów, zupełnie jak główny bohater „Pachnidła”. Sęk w tym, że przez większość czasu zdrowy nie jestem.

Lekarze głowili się nad moimi infekcjami od dawna i głowią się dalej, wymieniać wszystkiego tu rzecz jasna nie będe, bo to nie forum lekarskie. Grunt, że moja krzywa przegroda, przewlekłe infekcje i nadużywanie kropli do nosa spowodowały, że właściwie doszedłem do momentu w którym nie czuję zapachów, a smak czuję  bardzo słabo.

Zdałem sobie z tego sprawę ostatnio, kiedy pomimo chwilowego braku infekcji i pełnego nosa stwierdziłęm że po prostu wiosna w tym roku nie ma zapachu.

Nie chcę się zbytnio użalać – akurat smak i zapach są tymi ze zmysłów które wybrałbym do odstrzału gdybym musiał zrezygnować z dwóch – na pewno nie byłby to wzrok ani słuch, nie byłby to dotyk. Ale życie bez smaku i zapachu… Heh po prostu jest dwuwymiarowe i płaskie. Podczas majówki tylko wyobrażałem sobie większość zapachów których tak bardzo mi brakuje. Czuję te silne – trudno nie czuć grilla, czy dymu z ogniska. Ale ja nie o nich mówię – mówię o tym milionie zapachów który każdej wiosny uderzał do mojego mózgu i powodował że chciało się żyć.

zapach skoszonej trawy,

zapach jeziora,

zapach rozgrzanych desek pomostu,

zapach po deszczu,

zapach łódki,

zapach podkładów kolejowych,

zapach rozgrzanej kory,

zapach kawy,

zapach wina,

zapach burzy…

 

To wszystko zniknęło z mojego życia ot tak – jakby to trudno wam było sobie wyobrazić, to jest hardkor.

Smak czuję, ale jak przez mgłę. Choć to nie wszystko – najgorsze jest permanentne niewyspanie i zmęczenie spowodowne niewydolnością oddechową. Mogę zapomnieć o jakimś sporcie, samo spanie jest już wyzwaniem – nie mówiąc o kopniakach od Mary kiedy za głośno chrapię – także z tego samego powodu.

Ile jeszcze będzie to trwało? Mam nadzieję, że już niedługo. W grudniu zostałem zapisany na laserowy zabieg korekcji zatok, który to zabieg przesunął się na czerwiec. Ponieważ tak długo czekałem stan się pogorszył i właściwie kwalifikuję się jedynie do normalnej operacji w pełnym znieczuleniu, a nie laserowego zabiegu. Ale… Oczywiście tamto czekanie nie zalicza się automatycznie w poczet czekania na nową. ABSURD! Teraz będę czekał dwa lata na nową i… co? Może po drodze się uduszę?

Całe szczęście lekarze z Enel Medu ogarnęli sytuację, a dyrektor przyspieszył wszystko tak, że całość ma odbyć się już w czerwcu.

Część z was pewnie pamięta, że miałem już jedną operację zatok 6 lat temu. Pamiętam to uczucie kiedy wszystko się zagoiło, kiedy wyszedłem na łąkę i wciągnąłem całe płuca świeżego powietrza. To niesamowite, naprawdę niesamowite uczucie. Mam nadzieję, że tak będzie też tym razem – a może nawet lepiej, nigdy wcześniej moje zatoki nie były w tak tragicznym stanie. Jeszcze miesiąc – mam nadzieję. A wtedy będę po prostu chodził i wąchał co popadnie. No może bez wsiadania do autobusów – to te nieliczne momenty kiedy brak węchu się przydaje 🙂