Tak, to już ten moment. Jakby straszliwie to nie brzmiało – za chwilę kończę pierwszą połowę dekady 30’s. Od jutra będę raczej zbliżał się do czterdziestki niż oddalał od trzydziestki. I choć od czasu 39,5 i kojarzenia się tego wieku z bardziej z Karolakiem niż z inżynierem Karwowskim ten wiek aż tak bardzo nie przeraża, to jednak skłania to do pewnych przemyśleń. Szczególnie w dobie inwazji gimbusów którzy zostali chyba nauczeni, że ludzie umierają w wieku 40 lat…

Siedzę na kanapie, we własnym domu i zastanawiam się gdzie jestem. W życiu. Myślę o zeszłych pięciu latach i prawdę mówiąc gdyby każde 5 lat mojego życia obfitowało w tyle wydarzeń co te to byłbym na prawdę szczęśliwym człowiekiem. Mógłbym powiedzieć, że minęło jak z bicza strzelił, ale… hell no!

Równo 5 lat temu siedziałem ze znajomymi w Kompanii Piwnej na starówce i odliczałem minuty do trzydziestki. Obok moja przyszła żona – znana mi wtedy od raptem półtora roku. Co ma być to będzie. I było. 5 lat później mam żonę, syna, córkę, psa, dom, dobry samochód.

NUDA ktoś mógłby powiedzieć. Dziś dwudziestokilkuletnie chłopaki odpalają biznesy internetowe, zarabiają kokosy, jeżdżą od konferencji do konferencji i przymierzają nowe garnitury. Czy w takim razie JA rzeczywiście coś osiągnąłem? Owszem, przez te pięć lat rzeczywiście wbiłem się mocno w branżę reklamowo/interaktywną, byłem accountem, content designerem, strategiem. Czy to dużo?

Sęk w tym, że ja zupełnie nie mierzę życia w ten sposób. I’m a milkie. Nie jestem japiszonem, nie jestem dzikim kapitalistą, biznesmenem. Pracuję by żyć, nie żyję by pracować. Cieszę się życiem teraz, a nie zapierdzielam jak osioł po to by cieszyć się nim po pięćdziesiątce. Moje szczęście jest tu i teraz.

Mam niesamowitą rodzinę i to właściwie jest moim sensem życia. I pod tym kątem zmieniło się dla mnie niesamowicie dużo. Z dwóch osób wierzących w to że po ślubie będzie fajnie stworzyliśmy rodzinę. 2+2. Franek od miesiąca mówiący tak dużo że w głowie się to nie mieści i Lila uśmiechająca się na każdy mój widok. Czy chciałbym to zamienić na dwa razy lepiej płatny biznes przy którym musiałbym siedzieć wieczorami i weekendami? Nigdy. Buduję tor z kolejki, biegam za Frankiem jadącym na rowerze, odpowiadam na kolejne pytania. Tak, jestem szczęśliwy.

Prawie połowa z minionych pięciu lat to także Szwajcaria. Przygoda życia. Dwa lata wakacji – niczym z Verne’a – i odnajdywanie przyjemności w kotemplowaniu rzeczywistości. I oczywiście nauka kolejnego języka – szóstego z kolei i pierwszego którego uczyłem się z pełnym przekonaniem i pełną, dojrzałą świadomością.

Te pięć lat to wreszcie odnalezienie i zaakceptowanie siebie. To odkrycie (z pomocą niektórych osób) że wykształcenie obu półkól mózgu to błogosławieństwo, a nie przekleństwo. To nie uwięzienie między światem matematyków a humanistów, to górowanie nad jednymi i drugimi.

To zwieńczenie tych dwóch pozornie odległych od siebie ścieżek którymi biegło moje życie – informatycznej i społecznej, czy też społecznościowej po dzisiejszemu. Od dawna czułem że świat IT i ekstrawertyzm kiedyś będą miały ze sobą coś wspólnego.

To wreszcie ludzie których poznałem. A poznałem ich mnóstwo. Od kumpli z P-C którzy pozostaną mi bliscy jak koledzy z klasy, przez znajomych ze Szwajcarii po ludzi „z branży” poznanych w Heurece i okolicach. Lubię ludzi, tak już mam 😛

Z czego się cieszę? Że nadal jestem sobą. Nadal nie czuję się do końca dorosły, nadal nie gram i nie udaję, nie tworzę swojego sztucznego wizerunku online. Pomimo stawania się Mniej Lub Bardziej Ważną Osobą ze względu na stanowiska które pełnię, czy szkolenia które prowadzę, nadal jestem sobą i nie mam z tym problemu. Nadal jestem w stanie robić rzeczy totalnie głupie i nieprzewidywalne, niepoważne i szczeniackie. Nie odcinam się od przeszłości – ba, czasami nawet ją wielbię. Staram się pamiętać każdy rok który mi upłynął, osoby które spotkałem – choćby przez chwilę. Nie wypieram się nikogo ani niczego, nie zapominam na siłę.

Przede mną kolejna piątka. Jaka? Nie mam pojęcia. Be yourself, no matter what they say.