Pamiętasz zapach swojego domu? Domu w którym się wychowałeś? Ja tak, bardzo dobrze. A nawet jeśli nie pamiętam go zbyt dobrze (bo jak tu pamiętać zapach, jak go opisać, czy w inny sposób skwantyfikować…) to pamiętam moment w którym go czułem. Moment w którym wracałem z wakacji – po długiej nieobecności w domu, po trzech tygodniach na obozie harcerskim, miesiącu byczenia się nad morzem, czy nawet dwóch tygodniach ferii zimowych. Dom witał mnie porządkiem, minimalizmem i tym swoim zapachem – zapachem stałości i niezmienności. Ściągałem buty, wieszałem niedbale kurtkę i biegłem do pokoju, żeby rzucić się na łóżko. I cieszyłem się jak głupi, że jestem w domu.

Nie mogę się do końca odnaleźć w naszym nowym domu. Może dlatego, że ciągle jest w wersji „beta”. Może dlatego że w sumie całkiem niedawno się do niego wprowadziliśmy. A może dlatego, że prawie całe życie mieszkałem gdzie indziej? Tyle rzeczy było oczywistych. Sztućce leżały w pierwszej szufladzie. Najpierw łyżki, potem widelce, potem noże. W szufladzie poniżej było miejsce na nożyczki, nitki i igły. Jeszcze niżej – sitka i takie tam. Wiedziałem gdzie jest miejsce na odkurzacz, gdzie leżą obrusy, gdzie ręczniki a gdzie zapasowe żarówki. Wszystko było jasne, ustalone i pewne.

Teraz jest inaczej. Wprowadzając się do pustego domu musisz ustalić wszystko samemu. Musisz spośród nieskończonych kombinacji wybrac tę właściwą – wymyślić gdzie będzie leżało to czy tamto, gdzie najlepiej trzymać foliowe reklamówki, a gdzie baterie. Gdzie powinny leżeć pokrywki, gdzie garnki, a gdzie klucze które wyjmujesz z kieszeni po wyjściu z pracy. To trochę przeraża.

Do tego brakuje tego jakiegoś zasiedzenia, tego ducha domu, którego czułeś kiedyś, kiedy bezpiecznie mieszkałeś w domu w którym wszystko ułożyli twoi rodzice. Duch ten powoli się krystalizuje powoli gdzieś powstaje, powoli materializuje się z każdym dniem. Ale jeszcze nie może do końca powstać… Bo brakuje żarówki, bo brakuje kołka w ścianie, a obraz ciągle stoi oparty o nią krzycząc „przymocuj mnie”. Bo brakuje już nam trochę sił…

Próbujemy kolejnymi szarpnięciami dokończyć dom, kupić lampy, kupić i powiesić zasłony, ale nie jest to wcale proste. Mijają kolejne miesiące, a my ciągle mamy wrażenie że wszystko jest rozgrzebane. Że to jeszcze nie to. Że Feng Shui dawno uciekło z traumatycznym piskiem i nigdy tu nie wróci. Próbujemy w ciągu tych nielicznych chwil po tym jak wrócimy z pracy, po tym jak położymy Franka spać. O ile mamy jeszcze wtedy energię, żeby cokolwiek zrobić…

***

Mamy butelkę wina. Zinfandel. Z Kaliforni rzecz jasna. Przywiezioną z Petit Lancy. Z naszego małego Coop położonego koło naszego małego domku. Z miejsca gdzie – być może przez mój fakt niepracowania, a może przez fakt nieposiadania dziecka, a może przez fakt iż dom był znacznie mniejszy – wszystko ogarnęliśmy w ciągu zaledwie kilku tygodni. Z miejsca, gdzie siadaliśmy sobie w ogródku patrząc jak rosną nam winogrona, pozdrawiając sąsiadów z jednej i drugiej strony, wdychając lekko wiegotne powietrze wiejące znad Jeziora Genewskiego. Czekając na W, albo na K-skich, albo na T-aków, albo na wszystkich innych którzy do nas przychodzili.

Mamy to wino i nie otwieramy GO, bo chcemy je otworzyć wtedy, kiedy wszystko będzie gotowe. Usiąść w skończonym domu, puścić cicho muzyke w tle, i połączyć tym jednym toastem To_Co_Było z Tym_Co_Jest. Przenieść węgielek z tamtego ogniska do tego. Połączyć te nasze dwa byty w całość.

Ale wino stoi i stoi, i stoi. I na razie nie zapowiada się na jego otwarcie. Choć bardzo bym chciał. I wierzę że już niedługo otworze wino ze swoją dziewczyną.