Zbieram się. Powoli ale się zbieram. Minął juz prawie tydzień, a dla mnie to chwile dopiero. Powoli ogarniam myśli i próbuję sobie wszystko uporządkować.

Opada cała wrzawa – być musiała bo taki jestem. Radością każda muszę się dzielić – tak mają ekstrawertycy i jest to dla nich naturalne jak oddychanie. Podczas kiedy Wy, zamknięci do środka introwertycy, lubicie w ciszy i spokoju napawać się czymkolwiek, dla nas zamykanie się w sobie z radością, jest jak kichanie z zamkniętymi ustami. Coś z nosa wyleci, wiatry zafurczą z wysiłku, o i tyle radości tylko dlatego że kichnąć głośno nie chciałeś. I po co? 🙂

Ale to powoli opada, to się staje nieważne, bo przecież ważne nie jest. Radość, wrzawa, dzielenie się, zostajemy MY. My we trójkę. Podstawowa komórka społeczna – rodzina :D.

Pierwsza myśl to kontrast. Kontrast olbrzymi – między codziennością i niezwykłością tego zjawiska. Niezwykłe jest to tak, że wszelkie sprawy którymi tak bardzo do tej pory się podniecałem stają się tak zwyczajne jak mucha pełzająca po szybie w ciepły letni dzień. Stają się niczym. Emocje targają mną tak bardzo, że nie jestem w stanie tego opisać. Czuję się niesamowicie chcę krzyczeć, chcę mówić wszystkim jak mi świetnie. Ale codziennością jest to, że z tak wielu zjawisk TO akurat nie jest niczym nadzwyczajnym patrząc na ogół. Bo ileż to dzieci jest na świecie? Ile się rodzi codziennie, dziećmi byliśmy my, nasi rodzice, dzieci mają nasi sąsiedzi, nasi znajomi, wszędzie, ciągle, zawsze, od zawsze. Co będę tłumaczył? Że to takie nadzwyczajne? Jakie nadzwyczajne. Coś nowego? Nihil novi. I ten kontrast mnie zabija. Najzwyklejsza codzienność i zarazem największa niezwykłość. Cud.

Druga myśl to strach. Strach przed tym, czy sobie poradzę, poradzimy. Najbardziej skomplikowane „urządzenie” na świecie – tysiące instrukcji, teorii, miliony problemów, minimalna wiedza. Wysypka, krostka, ból, wrzask, płacz, jęk. Normalny czy nie? Zwykły czy groźny? I kiedy tak patrzę na te skomplikowane operacje na żywym organiźmie, starannie ułożone w pudełeczku płyny, specyfiki, od mycia pupy od wysuszania pępowinki, od dłubania w nosie, trabeczki do ułatwiania pierdzenia małą dupką i grzałeczki podgrzewające przy przewijaniu, kiedy panikuję i myślę do czego doprowadzi błąd, pomyłka, złe użycie, wtedy właśnie wyobrażam sobie takiego samego małego ssaka gdzieś w beduińskiej wiosce, na wielkim liściu, niesionego w kocu. Kolejnego gdzieś w igloo, przy -40 na zewnątrz. Albo w Afryce, koło roju much. I myślę sobie – dzielny jesteś mój Ssaku, przeżyjesz, dasz radę, nie tak łatwo się poddasz. I codziennie zyskuję tę porcję śmiałości pozwalającej przekręcić mocniej rączkę, tak aby włożyła się do śpioszka, podnieść główkę, czy przekręcić na bok bez obawy że coś złamię, że popsuję.

Po trzecie poczucie zaciekawienia. Leży mój mały ssak, patrzy na mnie swoimi prawie brązowymi oczami. Ja zastanawiam się czy mnie widzi, co widzi, co myśli, co czuje. Czy myśli tylko o kupie i cycu, a może nie, a może rozumuje, a może nie wiemy. Zagadka. Jakie będzie miał włosy, oczy, głos. Ile będzie miał wzrostu, ile wagi. Jaki temperament, jaki charakter. Ile ma już zapisane na swojej małej tabliczce, a na ile jest ona tabulą rasą. Ile razy się przewróci, poparzy, ile razy będzie chciał popełnić błąd, a ja mu na to nie będe chciał pozwolić, choć przysięgałem sobie za młodu że będę inny.

No właśnie także zaciekawienia jaki będę JA. Jakim będę ojcem, jaką Mary będzie matką. Czy będę surowy czy nie, czy będę się szybko nudził, czy nie, na co pozwolę, na co nie, co zrobię dobrze a co nie. Ile z moich postanowień dziecięcych stanie się prawdą? Ile z „ja to będe zupełnie inny” okaże się złudzeniem dzieciństwa? Nie wiem.

Wiem natomiast, że TO jest właśnie życie. Wiem i wiedziałem to zawsze. Że życie – jakby banalnie to nie brzmiało – to nie jakieś pieprzone przerzucanie cyfr dla właściciela wielkiej firmy którego pewnie nie znam osobiście, to nie uwikłanie w różne dziwne interesy, to nie życie z dala od rodziny bo jeszcze-tylko-trochę-zarobię-i-wrócę, to nie cokolwiek innego. To tu i teraz, to ja, to moja żona, to moja rodzina. Tu i teraz, teraźniejszość. Wszystko inne jest środkiem.

Cieszę się z wyjazdu do Szwajcarii. Cieszę się, że mogłem spędzić rok odizolowany w tym luksusowym rezerwacie. Piszę to teraz, zanim mój mózg popadnie w stan otępienia wywołany chronicznym niedospaniem, czy ciągłym zamartwianiem. A rok ten pozwolił mi przemyśleć na nowo siebie, pozwolił spędzić ponad 12 miesięcy niemalże sam na sam z drugą Osobą. Szczególnie wtedy gdy Ona już nie pracowała, a ja nadal nie pracowałem. Dzień w dzień, obok siebie – tylko my, pies i hormony. Próba z której wyszliśmy cało i zwycięsko. Nie zanudziliśmy się sobą, nie skończyły się tematy, nie zawiedliśmy się na sobie. Zostaliśmy jeszcze bardziej swoimi przyjaciółmi, kumplami i kochankami. I teraz, gdy przyszła na świat nasza wykręcona z brzucha mała Śrubka, wiem że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Jakby banalnie to nie brzmiało. Bo szczęście nie kryje się gdzieś w wysublimowanych klimatach tak bardzo stroniących od prostoty i banału. Po prostu jest super. I chciałbym by super pozostało. I by każda próba czyniła nas tylko silniejszymi. A gdybym miał cofnąć się do przeszłości i zmienić coś – bałbym się to zrobić. Bo być może dziś nie byłbym tu gdzie jestem. A ja cholernie się z tego cieszę. Hough.