Dopiero co wygrzewaliśmy się w ogródku i odpędzaliśmy od os które upatrzyły sobie naszą winorośl, a już i jesień staje się historią. Coraz więcej liści zamiast na okolicznych drzewach znajduje się w naszym ogródku, deszcz rozmiękcza nasz trawnik, a rtęć w termometrze coraz bardziej opada z sił. Witryna „Steigmaier i synowie” zmieniła wystrój na jesienny, żeby kilka dni temu wypełnić się czerwienią, bielą, zielenią i migającymi lampkami choinkowymi.

Siedzimy w domu. Właściwie permanentnie. Marysia jest już oczywiście na zwolnieniu, samochód leczy się w Baereuth, a pogoda zniechęca do spacerów. Summa summarum stajemy się coraz bardziej wirtualni i spędzamy czas w internecie, na oglądaniu filmów i – od czasu do czasu  wyprawy – autobusem – do znajomych lub – pociągiem – do IKEI. Ja odpaliłem wreszcie swój multiblogowy projekt (http://glogg.pl) i mogę trochę więcej pisac na różne tematy. Nuda. Nic się nie dzieje – jak w polskim filmie 🙂

Ale nie wszystko stoi w miejscu, otóż moi drodzy – kupiliśmy DOM! To znaczy technicznie rzecz biorąc jeszce go nie kupiliśmy i jeszcze nie jest nasz, ale klamka właściwie już zapadła. Już jakiś czas temu zdecydowaliśmy, że mieszkanie na Seledynowej nie ma sensu – mamy tam pół domu który w sumie nie jest ani jedno ani dwurodzinny. Ot coś pomiędzy. Strychu rozbudować się nie da, dobudować pokoju też zabraniają lokalne przepisy.

Pierwszy dom który mieliśmy na oku to zaciszański nowy budynek, tak wspaniały że od początku wierzyłem że raczej go nie kupimy. 3 piętra, z czego ostatnie przeznaczone wyłącznie dla gości (wielki taras i bar) i inne bajery. Niestety cena zatrzymała się na 1 300 000 i niżej zejść nie chciała. Pewnie dalibyśmy rade wziąć na niego kredyt, ale to uwiązałoby nas maksymalnie na następne 30 lat… I to spora kwotą.

Drugi na widoku był kanadyjski domek przy Fantazyjnej – w sumie dość blisko Seledynowej. Wszystko nam się w nim podobało, choć sporo trzeba było w nim zmienić – dom niby nowy, ale wystrój… ekhem. O gustach się nie dyskutuje podobno. Dyskutowac nie mieliśmy zamiaru, jedynie zburzyć łazienkę, zerwać pozłacane tapety i wyrzucić meble 🙂 Problem rozwiązał się sam – okazało się, że właściciel… właściwie nie chce go sprzedać! Tak tylko wystawił żeby sprawdzić popyt, ale w sumie to jeszcze nie, może za rok, może wybuduje sobie dom (dodam że gość wraca z pracy jak każdy porządny yuppie – o 23.00). To sobie wybuduje. Z kart chyba.

Do trzech razy sztuka – i tak było w naszym przypadku. Znaleźliśmy domek, także kanadyjski, ta Zaciszu, ale po drugiej stronie kanałku, przy pętli 512. Stan surowy, więc będziemy go urządzali od nowa. Za to cena bardzo atrakcyjna! Nie widzieliśmy go jeszcze na żywo, ale na podstawie planów sporządzilismy model 3d, mamy też zdjęcia od taty któremu w tej kwestii ufamy. Domy kanadyjskie sa w Polsce dość tanie – Polacy muszą mieć – chyba już od czasów Kazimierza Wielkiego – dom koniecznie murowany. Na wieki, panie.

Więc ten drewniany dom obłożony klinkierem jest tańszy. A lepiej zaizolowany od murowanego. Jedyne co to brak możliwości podprowadzenia gazu. Ale po co nam gaz do szczęścia? Koniec idiotycznych rachunków na podstawie „przewidywanego zużycia”.

Dom ma kuchniosalon na parterze, garaż, na górze trzy sypialnie i strych do przerobienia na czwartą. Ogródek malutki – ale grilla da się zrobić. Żyć nie umierać!

Tak więc siedzimy sobie daleko od Polski i projektujemy nasz dom. W końcu już niedługo chcemy się do niego wprowadzić…

Marysia czuje się dobrze, o ile można czuć się dobrze w ciąży. Franek kopie, choć trochę się ostatnio uspokoił – nie ma już pewnie miejsca. Boli ją kręgosłup, czasem brzuch – no cóż, jeszcze 4 tygodnie… A potem… a potem dopiero się zacznie! 🙂