Obudziłem się o 8.20, choć dziś sobota. Byłem pewien, że jest znacznie później, ale promienie słońca wpadające przez nasze okno nad łóżkiem skutecznie przekonały mnie, że trzeba wstawać. Reszty dokonał Denis – nigdy nie budzi nas pierwszy (chyba że dolne piętro jego piramidy Maslowa da o sobie znać), ale gdy tylko wyczuje że się budzimy – rusza do akcji.

Za oknem rzeczywiście słońe i błękitne niebo. Oczywiście temperatura ma się nijak do tego, do czego przyzwyczaiło nas Cabo Verde, ale to też ma swoje zalety. Lubię wiosnę. Może dlatego, że wychowałem się w takiej a nie innej strefie geograficznej – nie wiem czy mógłbym żyć na stałe tam gdzie rok dzieli się tylko na porę suchą i deszczową. Lubię ją chyba nawet bardziej od upalnego lata i cieszącej oko jesieni. A napewno bardziej od zimy. Zimy to generalnie w ogóle za bardzo nie lubię.

W ogródku pojawiły się przebiśniegi. W sumie te szwajcarskie nie mają za dużo roboty – nie ma co przebijać. Nawet w tym roku, choć śniegu było więcej niż kiedykolwiek, a zima – podobno – pierwsza tak biała od wielu lat. Ale po śniegu ani śladu, temperatura waha się między zerem a 10 stopniami.

Powrót z urlopu zawsze powoduje pewnego doła i niechęć do pisania bloga – bo co tu opisywać? Kilka dni spędzonych w Polsce po raz kolejny zderzyło nas z polską rzeczywistością. Po pierwsze mama złamała nogę. To może oczywiście zdarzyć się wszędzie, ale nie wszędzie służba zdrowia potrafi aż tak wspaniale stanąc na wysokości zadania. Najpierw złe założenie gipsu, potem ucisk na nogę i potworny ból. Wizyta o 5 rano w szpitalu w celu poprawienia gipsu („nie mogliście przyjść kiedy indziej??”)  i komplikacje przez źle założony gips. Operacja, śruby w nodze i pretensje pielęgniarek („pani jakaś wyjątkowo czuła jest na ten ból!”). A później załatwienie sprawy po polsku – dojście do przełożonego prze znajomości, opierdziel całego oddziału i nagła poprawa sytuacji – pielęgniarki miłe, wszystko w porządku. Polskaa, Polskaaa. Zal. I nie tłumaczmy wszystkiego pieniędzmi. Do niektórych zawodów po prostu trzeba mieć powołanie.

Drugi z moich ulubionych systemów feudalnych w III (a może V?) RP to uczelnie. Tu ordynatora zastępuje dziekan, a pacjenta student. Pielęgniarkami są panie z dziekanatu. Sam mechanizm pomiatania wygląda całkiem podobnie. Może to dlatego udało mi się skończyć tylko jedną szkołę, w dodatku prywatną, gdzie sprawy mają się nieco inaczej.

Marysia napisała wreszcie pracę magisterską. Napisała, w sensie stworzyła materiał do jeżdżenia po tymże. Bo praca oczywiście jest do poprawki. Dlaczego? Jest za ciekawa. Zastanawiałem się czytając ją, czy przypadkiem nie jest to jedna z pierwszych prac magisterskich (ok, ok nie czytałem zbyt wiele) które czyta się jak artykuł. No właśnie „styl zbyt felietonistyczny”. Praca naukowa nie może być łatwa do przełknięcia i zrozumiała. Jeszcze czego. A gdyby taki student – w przyszłości – został pracownikiem naukowym – w przyszłości – i co , i napisłby jeszcze jakiś zrozumiały podręcznik! Kto by pomyślał! Przecież to niedopuszczalne. Wywróciłoby to do góry nogami cały misternie układany latami plan znudzenia studentów i pisania bzdurnych i śmiertelnie nudnych i przeteretyzowanych podręczników akademickich! Dramat. Dobrze, że Pani Promotor nie dopuściła do tej sytuacji.

Tylko za oceanem mogą sobie pozwolić na to, aby podręczniki akademickie były ciekawe i pełne przykładów praktycznych. Masakra.

Tak więc praca musi zostać donudzona, zdania proste zmienione na wielokrotnie złożone i zajmujące jeden akapit, niczym w angielskim oryginale Robinsona Cruzoe (polecam). Wtedy obrona będzie miała sens.

A tymczasem przede mną sobotnie porządki a następnie ogródek. Czas go przekopać i przygotować pod wysianie nowego trawnika. To taka wprawka przed posadzeniem dębu, o! 🙂