2944

Wszystko zaczęło się od doła Marysi. Ot taki sobie dół – może zawirowanie kobiecego pierwiastka (który zapewne nigdy nie zostanie odkryty), a może „culture shock” – nie wiem. Fakt, że zaczęliśmy zastanawiać się nad psem.

Pies powinien być mały, żeby można go było zabierać ze sobą, także do samolotu, ale z drugiej strony oczywiście „z jajem”. Marysia po krótkim polowaniu internetowym upatrzyła sobie rasę Cavalier King Charles Spaniel. Całe szczęście dość szybko wybiłem jej to z głowy (oczywiście w tym miejscu przepraszam wszystkich wielbicieli tej rasy i wogóle, ale ja po prostu miałem spaniela no i wiem że mistrzami intelektu to te psy nie są, o.). Próbowaliśmy jeszcze trochę powybierać pomiędzy różnymi ciułała i innymi gryfonikami, aż w końcu zwróciliśmy się z pomocą do… no kogo? Wymienionego już po raz 3 na tym blogu Kowlaka! Który poza niezliczonymi swymi zaletami (niektóre z nich sa nawet bardziej, niż jego następc…. eee nieważne 😀 ) zna się na psach. Polecił nam szorstkowłosego teriera, ale my wybralismy krótkowłosego Jack Russell Terriera. Jeśli ktoś nie wie to właśnie ten pies z Maski z Jimem Carreyem. Mały, krótkowłosy, walnięty, z ADHD. Zupełnie jak ja 😀

d-13.jpgDenisa znaleźliśmy… oczywiście na Allegro 😀 A jakże. Jak mi tego tutaj brakuje. Ebay to nie to samo 🙂 Zdecydowaliśmy się na psa z Polski z przyczyn prozaicznych – są tam dwa razy tańsze. A import psa z UE nie stanowi problemu. Tak więc dograliśmy wszystko z właścicielką i zaczęliśmy załatwiać wszelkie formalności.

Pierwszy problem, to fakt, że 8 tygodniowy szczeniak nie ma szczepienia na wściekliznę, a jest ono niezbędne, aby wpuścić psa do Szwajcarii. Okazało się jednak, że wystarczy stwierdzenie weterynarza, że pies nie miał kontaktu z dzikimi zwierzętami. Do tego chip, paszport i wszystko gra.

Do Olsztyna pojechaliśmy toyotą taty, mając nadzieję że skórzane siedzenia wrócą w takim stanie w jakim je wzięliśmy 🙂 Denis czekał na nas na parkingu – zziębnięty i zwinięty w kuleczkę. Wyglądał dość niewinnie, a przecież nazywa się Denis Rozrabiaka ( w rodowodzie!). Imię, jak już pisałem, na tyle fajne, że zdecydowaliśmy się je zostawić 🙂

d-11.jpgW samochodzie przeżyliśmy jeszcze chwile grozy. Otóż zadzwoniłem jeszcze raz do LOTu, aby przekonać się, że wszystko napewno jest OK. Na początku pani powiedziała że ze względu na ustawę numer fąferdziesiąt pimpernaście nie może mnie zidentyfikować po nazwisku, muszę jej podać nr rezerwacji. Komputera oczywiscieprzy sobie nie mieliśmy, musieliśmy więc wydzwonić Genewę aby go uzyskać. Było to konieczne – pani stwierdziła, że musimy podac nr chipu i paszportu psa na 24h przed odlotem, inaczej pies nie wejdzie na pokład (gdy kupowany był bilet pies nie miał jeszcze chipu ani paszportu). Do 24h przed odlotem zostało 30 minut. Dzwonimy jeszcze raz, podajemy nr rezerwacji, po czym… dowiadujemy się, że to jednak lot SWISSu a nie LOTu. Heh. Dzwonimy do SWISSu i… okazuje się, że tu nie trzeba podawać żadnych danych psa. UFF!

d-7.jpgOprócz tego podróż do domu odbyła się bez problemów, wogóle Denis zachowywał się wzorowo, a miał co przeżywać. Podróż do Warszawy, potem do Otwocka do rodziców, spowrotem do Warszawy, pierwsza noc bez mamy, później poranek znowu z kim innym (zostawiliśmy go z mamą, bo musieliśmy odwiedzić naszego chrześniaka Łukasza, który może być na psy uczulony), a później najgorsze czyli podróż samolotem i jeszcze wycieczka w koszu przez ruchliwe ulice Genewy…

Ale jeszcze chwilka grozy na lotnisku. Otóż w kasie okazało się, że to jednak… nie lot SWISSu tylko… LOTu. Jednak bilet kupiony jest w SWISSie, więc obowiązują ich zasady. Wsiedliśmy – a pani przy checkinie okazała się wielbicielką Jack Russelli 🙂 A wydawałoby się że to tak mało znana rasa.

Pierwsza noc była całkiem spokojna, oprócz nocnego wstawania do ogródka. Jak dobrze że mamy domek!

Denis okazał się dość pojętny i dość szybko pojął że załatwiać się należy w ogródku. Oczywiście nie pojął tego w 100% i zdarzają mu się jeszcze wypadki… Najbardziej upodobał sobie nasz biały dywan – jutro jadę po płyn do prania dywanów :]

Ale to jeszcze nic – kilka dni temu, u nasz znajomej Zsofii, zdecydował się… obsrać obraz oparty o ścianę. Prawdę mówiąc mnie też się nie podobał 😀

No cóż, z nudów napewno nie umrzemy. Zresztą – mam czas napisać notkę dopiero po tygodniu. Co tu będę dużo pisał, zobaczcie film!

httpv://pl.youtube.com/watch?v=Qedo_Dp9fEA