Dzisiaj ostatnia atrakcja – rejs po 12 wyspach. Była na tyle udana, że z powodzeniem może być uznana za godnie zamykającą naszą wykupioną serię atrakcji.

Zaczęło się trochę nerwowo (przynajmniej z tej bardziej nerwowej strony naszego związku 😛 ) gdyż rano zgubiłem bilet. Nie, ja go nawet nie zgubiłem. Po prostu dostałem go do ręki, jakieś 10 minut po tym jak się obudziłem i ubrałem. W takich chwilach mój mózg jest w trybie czuwania, a nei pełnej pracy, więc pomyślałem że to jakiś stary bilet i… nie wiem co z nim zrobiłem. Tak bardzo, że do tej pory nie udało nam się go znaleźć 🙂

Przekonaliśmy pana kierowcę że na pewno jesteśmy na liście i pojechaliśmy. Po kolejnym zbieraniu gości  poszczególnych hoteli (ma to te zaletę, że doceniamy nasz hotel blisko morza) dojechaliśmy do łódki.

Niestety nie była to łódka żaglowa jaką wybraliśmy, a kolejna barka. O żaglach i tak mogłem zapomnieć, bo ich nie używają, ale jakoś wolałem płynąć na wielkim jachcie (choćby na silniku), niż na kutej z żelaza barce z żelaznym pokładem malowanym na olejno. Niestety.

Na pokład wszedł kapitan (w białym mundurze) przywitał wszystkich i odpalił silnik. Pogoda była piękna – w sam raz, aby morze nabrało koloru znanego z folderów reklamowych. Zajęliśmy szybko materace – otó cały górny pokład pokryty był materacami – w sam raz do całodziennego smażenia. Cóż to jeden z tych dni, gdzie zdjęcia mówią więcej niż słowa. Bo co tu opisywać? Wspaniałe widoki, słońce, woda (widoczność na kilka metrów w głąb), wyspy. Rejs trwał cały dzień – przerywany był 45 minutowymi postojami przy brzegu wysp – na kąpiel. Dno jest tu wszędzie bardzo strome, więc choć mostek rufowy dochodził do brzegu, przy dziobie statku głębokość sięgała pewnie z 8 metrów, jak nie więcej. Po lewej stronie górnego pokładu usytuowany był mostek do skoków do wody – do lustra wody było z pięć metrów. Skoki zainaugurował kapitan, rozbierając się do kąpielówek i skacząc na główkę (munduru już potem do końca rejsu nie założył 😉 )

Nie skakałem nigdy z 5 metrów, najwyżej z 3 metrowej trampoliny w Pałacu Młodzieży i to na nogi. Wykonałem więc kilka skoków na nogi i zanurkowałem (niestety nie miałem płetw ani maski). Aparat rozgrzał się do czerwoności, zrobiłem ponad 200 zdjęć, z czego najlepsze z pagórka na jednej z wysp. Wszystkich panoram nie posklejałem, zresztą później wydają się takie same. Ale gdy się tam jest, człowiek nie chce przestawać robić zdjęć…Tym razem całe szczęście nie zatrzymaliśmy się ani w centrum złota, ani w fabryce dywanów, ani w żadnym innym tego typu przybytku. Bujanie na falach, kąpiel, opalanie, bujanie na falach. Bosko.

Wieczorem jeszcze jeden akcent. Przyjeżdża polski autokar. Ech, trzeba jednak oddać trochę honoru Brytyjczykom, a tradycyjnie już użalić się nad naszymi. Po raz pierwszy widzimy ludzi którzy podchodą do jedzenia od strony dla kucharzy, podchodzą bez kolejki, sami nalewają sobie zupę i tak dalej, i tak dalej. Wąsacze z komórkami dyndającymi przy spodenkach, panie w dresach. No cóż, jak się później okazało jakieś małe biuro turystyczne z jakiegoś małego miasteczka. A małe miasteczka, no tak, Soohy jak to było? 😀

Uciekamy z hotelu i idziemy po raz ostatni nad morze, na miękkie fotele. Jutro ostatnie smażenie, robienie ostatnich zakupów i kładziemy się spać.

Głos każe mi sprawdzić małą tabliczkę ITAKA którą do tej pory olewaliśmy (w tym roku nie wzięliśmy ani jednej wycieczki firmowej). I znowu głos ma rację – przesunięto odjazd z hotelu z jakiejś chorej nocnej godziny na jeszcze bardziej chorą nocną godzinę – jakoś przez siódmą. Brrr.