Dzisiaj przedostania z naszych atrakcji – rejs po Dalyan – tutejszej Amazonce. Tak przynajmniej przedstawione jest to w folderach.
Pobudka znowu wcześnie i tym razem rekordowe, bo az godzinne kolekcjonowanie gości z róznych hoteli. Po całym Oludeniz i Fethiye. W końcu ruszamy w trasę. Przewodnik – mówiący sam na siebie "Psycho" (jego imię brzmi jakoś podobnie) okazał się jeszcze zabawniejszy od poprzedniego – i niestety jeszcze mniej wyraźnie mówiący po angielsku.

Na początku opowiedział nam o Turcji – częściowo to samo co Turgay, częściowo nowe rzeczy. Ciekawe jest to, że tak samo podkreślał, że Turcja nie ma żadnych problemów z sąsiadami. Ciekawe, może rząd im każe tak mówić? 🙂 A owe dobre stosunki popierał… głosowaniem w Eurowizji. Otóż Turcja podobo oddaje głosy i na Grecję, i na Bułgarię.

A sprawy wschodnie? No cóż, oczywiście nie pytałem się na głos co z Rzezią Ormian :] (O tej opowiedział nam Sukru, wg niego Ormianie mordowali Turków, a Turkowie Ormian, więc to wszystko sa brudne sprawy – ale to prawda, wojnę trudno oceniać…). Natomiast co do Kurdów – przewodnik okazał się pół Kurdem, pół Arabem. Choć sam mówi o sobie że jest po prostu Turkiem. Wszystkie te sprawy sa trudne dla nas – narody wychowanego w rzeczywistości praktycznie jednonarodowej…Wróćmy do wycieczki. Pierwszy – zupełnie naszym zdaniem niepotrzebny przystanek – to przystanek u złotnika. A raczej w sklepie ze złotem, bo nie pokazano nawet żadnego wyrobnictwa. Jako że złoto mało nas interesuje, wyszliśmy szybko na zewnątrz i zjedliśmy sobie tosta. A Turków złoto i skóry interesuje bardzo. Otóż na wszelkich imprezach rodzinnych (obrzezanie, ślub, itp) goście przynoszą złoto gospodarzom. Podobno w niektóryh rejonach złota jest tyle, że panna młoda nie może go unieść! A wesela – no cóż, nasze największe weseliska są tu jedynie skromnymi imprezami. Wesele trwa 3 dni (od piątku, poniedziałek zazwyczaj bierze się wolny) i jest na nim zazwyczaj… kilkaset gości 😀
Skoro mowa o weselach, nie sposób wspomnieć o ważnej, pozornie nie związanej z tym rzeczy – służbie wojskowej. Zaraz wyjaśnię. Ale najpierw o służbie.
Turcja – kraj o dwukrotnie większej liczbie mieszkańców niż Polska ma 200 tysięczną armię. A służba – 18 miesięczna – nie omija tu nikogo, nawet studentów. Gdyż wiek poborowy to 18 – 40 lat!  Tak więc żaden ojciec panny młodej nie zgodzi się wydać córki za mąż za kawalera który nie odbył służby! Zresztą, po obrzezaniu, to drugi egzamin męstwa w Turcji. Wojsko jest tu w dużym poważaniu (jak niegdyś u nas…)

Przewodnik zabawia nas swoimi historiami (o tym jak podczas obrzezania, które miał w wieku 9 lat, ojciec zapchał mu usta ciastkami i od tej pory nie je słodyczy) i dojeżdżamy do rzeki. Statek jest nieco inny od tego jak go sobie wyobrażałem, to po prostu mała barka, a może raczej cośpomiędzy barką a gondolą. Jest ich tutaj pełno, ale kapitanowie całkiem sprawnie poruszają się nimi. Płyniemy sobie w dół rzeki, a może raczej wąskiego jeziora porośniętego trzcinami i obserwujemy piękne krajobrazy – pola trzcin, stepy i góry w oddali. Obserwujemy tez jak zwykle pasażerów.Musze powiedzieć, że Polacy tym razem robią na nas raczej pozytywne wrażenie. Dochodzimy dzisiaj do wniosku czemu. Otóż pomimo dość korzystnego już przelicznika złotówek, wakacje tu nie należą przecież do najtańszych, w sensie dostępnych dla każdego Polaka. Natomiast jeśli chodzi o Brytyjczyków – przyjeżdża tu chyba głównie klasa niższa i niższa średnia. Middle class po prostu wypoczywa w bardziej ekskluzywnych miejsach. Dlatego Brytyjczycy których spotykamy przypominają raczej piratów bez zębów a nie smukłych i przystojnych admirałów Royal Navy w białych, czy czerwonych mundurach 🙂  Nasz rekordzista (na pewno znajdziecie bez trudu jego zdjęcie w naszej galerii) potrafił wypić w ciągu całego dnia około 6 piw. Badania Eurobarometru okazały się prawdziwe (przeciętny Polak wypija podczas jednej okazji 2 piwa, Anglik 5, Irlandczyk – 6)Nasza barka dopływa do kąpieli błotnych. Tym razem są one wliczone w cenę wycieczki. I tu znów – według legend – odmłodzimy się o 10 lat.Wchodzimy do basenu z ciepłym błotem – a raczej gliną. Wrażenie jest co najmniej dziwne, Marysia stoi na moich stopach, bo nie chce zbytnio stawać na tym dziwnym podłożu. Woda (a raczej bagno) sięga do kolan. Smarujemy się nim cali i wychodzimy na zewnątrz, aby skorupa obeschła. Po krótkim prażeniu się wskakujemy do jeziora i zmywamy z siebie zaschniętą i śmierdzącą (tym razem siarką) masę. Po kąpieli błotnej przychodzi czas na kąpiel w basenie siarkowym.
Jak na kraj muzułmański przystało na basenie obowiązuje rozdział płci. Jeden z nich jest męski i damski (co dwie godziny zmiana płci), my wchodzimy do koedukacyjnego.
Woda ma około 40 stopni i na prawdę niemiłosiernie śmierdzi starymi jajami. Wytrzymujemy tam kilka minut i idziemy się przebrać. Ja, zgodnie z wytycznymi nie biorę po tym prysznica (przez co nadal, pomimo umycia się już w hotelu – nieco śmierdzę 😉 ) Fotograf, który jest z nami obecny na rejsie robi nam kilka zdjęć. Świetnie – ja raczej nie wziąłbym w  tym stanie aparatu do ręki 🙂 Ma oczywiscie NIKONA 😀 (D80, fakt posiadania przez niego NIKONA okaża się później kluczowy)Wracamy i wpływamy w rzekę. Trudno odróżnić jezioro od rzeki – jest ona na początku szeroka, później powoli się zwęża i zakręca. Trzciny mają ponad dwa metry, to nie Amazonka, czujemy się raczej jak w Wietnamie.
Gdy wysokość trzcin zmniejsza się, widzimy inne łódki (kilka meandrów dalej) płynące jakby po stepie. Skojarzenie dość oczywiste 🙂 Niektórzy pomyślą zaraz o Mickewiczu, część z was o Dniu Świra, a jeszcze inna część… No własnie – która księga Tytusa? 😀 "Wpłynąłem na suchego (soohego) przestwór oceanu" 😉

Rejs wydaje się nie mieć końca, gdy w końcu dopływamy do Turtle Beach. Żółwi niestety o tej porze nie ma, jest za to piękny piasek – może nie tak żółty jak na polskim wybrzeżu (ha!), ale za to równie miałki, co jest tu rzadkością.

Kładziemy się na ręcznikach i… zasypiamy. Po godzinnej drzemce na słońcu udajemy się na barkę i płyniemy w kierunku autokaru. Ten zawozi nas do jeszcze jednej "atrakcji". Używam cudzysłowu, gdyż ta jest dość wymuszona – to Ogród Bocianów, które oczywiście nie powinny robić na nas większego wrażenia. A jednak robią. Nie wiem czy sa naćpane, czy tak oswojone, ale chodzą sobie po ogrodzie (najpierw, gdy stały, myślałem że sa plastikowe) i nawet dają się głaskać po głowie! Jeszcze trzy strusie, trochę kaczek… i oczywiście mnóstwo stoisk gdzie można kupic wszystko. I tym razem nie możemy się oprzeć i kupujemy komplet do Turkish Tea. Oprócz herbaty (jak pisałem ostatnio hodowanej w północnej Turcji, przy Morzu Czarnym) składa się on, z dwóch szklaneczek o specjalnym kształcie, łyżeczek i spodeczków.To ostatni przystanek, później powró†, godzinne rozwożenie pasażerów (brr) i Oludeniz. Kolacja (kotlety z piersi kurczaka, zjadam cztery!) i wieczór nad brzegiem morza, na naszych fotelach. O zachodzie słońca nie ma co marzyć, jest on coraz wcześniej, po kolacji jest już ciemno.
Jutro Sukru, zupełnie prywatnie, zabiera nas do Oludeniz, pojutrze rejs po 12 wyspach, w niedzielę robimy zakupy, a w poniedziałek… No cóż. W poniedziałek powrót na Antarktydę 🙁 to
znaczy do Europy.Aha, zapomniałem powiedzieć o fotografie. Otóż przez pół rejsu robił on zdjęcia, później szybko porządkował je na laptopie, prezentował uczestnikom i na końcu wypalał na płytach i sprzedawał zainteresowanym. Ja oczywiście przez cały rejs paradowałem ze swoim Nikonem i wykonywałem z mądrą miną setki zdjęć. Być może z sympatii fotografa do fotografa, być może z sympatii do Brata Nikoniarza (śmierć Canonierom!), a być może z niechęci sprzedawania swoich zdjęć innemu fotografowi (tylko tak wyglądałem, w końcu się za takiego nie uważam 😉 ) dał nam nasze fotki za darmo 🙂 Świetnie! Swoją drogą – zdjęcia które tu robią fotografowie sa świetnie doświetlone – kosztem tła. (Przepraszam teraz ignorantów fotograficznych). Jak widzę po EXIFIe – ISO 500, mierzenie ekspozycji punktowe, pewnie dodatkowowo jakoś +1 EV. Tło wypalone, ale twarze ładnie doświetlone. Myślę, że gdybym miał nędznego Canona to policzyłby nam podwójnie. A SONY – phi! Wyrzuciłby nas za burtę 😀