Śniadanie (jajko, oliwki, ser, heh) i jedziemy do Pammukale. Nazwa „Bawełniany zamek” jest trochę myląca, bo choć wokoło rosną pola bawełny, to nie o nią zupełnie tu chodzi. Pammukale to wapienne tarasy stworzone przez gorące wapienne źródła osadzające wapno przez tysiące lat. Niestety przez ruch turystyczny są one niszczone, dlatego też od dwóch lat nie można kąpać się w basenach (wymusiło to UNESCO grożąc odcięciem finansowania tego zabytku i zlikwidowaniu go  ze swej listy). A jest to rzeczywiście zabytek – w basenach tych kąpali się jeszcze cesarze rzymscy, a w pobliskim basenie Kleopatry – no zgadnijcie kto się kąpał 😀

Dojeżdżamy do jeziorka z widokiem na skały – udaje mi się zrobić świetną panoramę. Chwilę później jedziemy do samego Pammukale.

Jadą z nami też dwie panie około sześćdziesiątki. Stanowią dla mnie niezłą zagwozdkę – dałbym sobie uciąć rękę, że słyszę charakterystyczny amerykański akcent (charakteryzujący się jednostajnym dźwiękiem z okolic „r” unoszącym się w powietrzu), jednak za chwilę dochodzi mnie klasyczne angielskie „szczekanie”. Pewnie wiecie, że angielskie akcenty to moje oczko w głowie. Kiedy już jestem gotowy zwątpić w swoje umiejętności okazuje się, że mam rację i rzeczywiście jedna z pań jest z USA, druga z UK. Uff 🙂

Zapomniałem wczoraj napisać o dość waznej rzeczy. Otóż diametralnie zmieniła się struktura narowościowa turystów. W wiosce w której nocowaliśmy (jak i w innych pobliskich wioskach ze zdrowotnymi źródłami), można spotkac głównie Niemców. Do tego stopnia, że w samej wiosce sprzedawcy nie mówią po angielsku, a po niemiecku. Rozumieją angielski, ale później już tylko deutsch sprechen. Natomiast w samym Pammukale – 90% Rosjan! Swojska mowa rozbrzmiewa po prostu wszędzie. Podobno nasi pobratymcy po prostu upatrzyli sobie to miejsce i jeśli Turcja to tylko tu. Nie ma natomiast wielu Brytyjczyków. No tak, ci trzymają się wybrzeży, plaż i basenów hotelowych, co ambitniejsi zwiedzają zabytki w stylu Efezu. Tam Rosjan prawie wcale – tutaj jak pisze – zatrzęsienie.

Na początku wybieramy się na bosy spacer po wapiennych tarasach. Ściana wygląda jakby była wykuta co najmniej z lodu. Całe szczęście nie jest ślisko, choć przepaść jest zaraz obok. No może nie tyle przepaść co dość stroma ściana i kilkanaście metrów w dół. Cała wapienna skała jest jednak na tyle chropowata, że doskonale się po niej chodzi. Do tego ciepła woda która płynie co kilka metrów. Wszędzie rozłożone Rosjanki wierzące w cudowną, odmładzająca moc wody z tego źródła. Jest trochę grubych matron, jednak większość z nich jest zdecydowanie bardziej „wschodnia” w wyglądzie. Objawia się to dość zgrabną figurą, ale także tlenionymi włosami i kilogramami złota.

Kończymy wycieczkę i idziemy w stronę basenu Kleopatry. Choć wejście do niego jest płatne, to być tu i nie skorzystać… Płacimy po 20 lirów (40 zł) i wchodzimy. Woda z tego basenu podobno odmładza o 10 lat. Trudno, będe miał żonę na granicy legalności 🙂

Kąpiel w tym basenie to uczucie dość dziwne, jakby kąpać się w ciepłej Muszyniance. W całym basenie potopione są rózne antyczne pozostałości – kolumny (służące jako ławeczki) i inne fragmenty budowli. Marysia o jeden z tych fragmentów zdziera sobie skórę na palcu u nogi 🙁 [Marysia – Nie zdzieram skórę, tylko rozbijam palec na kamieniu tak, że przez kilka dni dokucza mi ból!]

Po godzinnej kąpieli wsiadamy do autokaru i jedziemy do miejsca gdzie można kupić przeróżne rzeczy wykonane z marmuru. Nie znam się zupełnie na geologii i nie chcę palnąć jakiegoś głupstwa, ale z tego co zrozumiałem rózne rodzaje marmuru wydobywa się z różnych głębokości i z różnych miejsc – i tak zielony kolor marmuru oznacza że w pobliżu osadzają się związki miedzi, żółte – żelaza, itd. Najciekawszy jest marmur wyglądający jak drewno i ten z odciśniętymi skorupami insektów. Tu też nie możemy się powstrzymać i kupujemy parę drobiazgów (przedtem zapoznając się z procesem obróbki). Co ciekawe – te rzeczy produkowane są chałupniczo, rząd turecki dotuje rękodzieło zwalniając wyrobników z podatku. ZUSu, itp. [Marysia – moim zdaniem nie był to marmur tylko generanie jakieś kamienie szlachetne, ale może moja mama, która geologię studiowała pokusi się o jakiś fachowy komentarz:)]

Po krótkim głosowaniu autokar podąża w kierunku miejscowej winiarni (mijając fabrykę dywanów – nikt nie ma zamiaru kupić dywanu, więc przewodnik radzi tam nie wstępować). Opuszczamy ten przybytek opijstwa (fuj!) i jedziemy w stronę Oludeniz. Turcja jest naprawde ogromna – zrobiliśmy „małą” rundkę w jej południowo-zachodniej części, a przejechaliśmy w 2 dni ponad 1000 kilometrów! Co ciekawe – z jednym kierowcą :] Wracamy do hotelu i idziemy na Fire Show. Raczej Mini Fire Show, bo występuje tylko jedna tancerka, w dodatku Brytyjka, ale rzeczywiście jest dobra. Po obejrzeniu tradycyjnego wywijania kijem i łańcuchami prezentuje taniec z płonącym hula hoop, który rzeczywiście robi wrażenie. Czas spać, jutro PARAGLIDING!