Jedziemy właśnie autokarem z Efezu do Pammukale. Na dziś wystarczy zwiedzania, zaraz dojeżdżamy do hotelu.

Obudziliśmy się o 5 rano, Marysia wstała 10 minut później, ja oczywiście 10 minut przed odjazdem autokaru 🙂 który i tak się spóźnił.  Było jeszcze ciemno, choć na tyle ciepło że można było stać w krótkim rękawku. Przed nami dwa dni wycieczki, a między nimi nocleg w hotelu 4 gwiazdkowym. Pierwszy cel – Efez, o którym chyba zbyt wiele nie trzeba nikomu mówić. A może trzeba? 🙂

Zanim dojechaliśmy pan przewodnik z klasycznym turkisz aksent opowiedział nam parę ciekawostek o Turcji. Nie będę przytaczał wszystkiego, bo znajdziecie to na wikpedii, powiem tylko tyle, że dalej lamentował nad faktem, że Rodos jest grecki (choć widoczny z brzegu Turcji), śmiał się trochę z faktu że tylko pół Cypru należy do Unii Europejskiej (a wejście Grecji do UE zatrzymało proces jednoczenia się Cypru, granica nie może być teraz zdemontowana). Mówił też, że jeśli Turcja nie zostanie przyjęta do UE, to nie będzie się więcej starała i być może powoła Unię Azjatycką :]

Mówił tez o bzdurnych wymaganiach unijnych (skąd my to znamy) dotyczących higieny jedzenia, zakazu jedzenia ot choćby na kamieniu, produkcji niektórych serów – miejscowa ludność nigdy się do tego nie dostosuje. My w sumie też mieliśmy problem z oscypkiem…

O 8 zatrzymaliśmy się na śniadanie. Niestety znowu to samo – jajko na twardo, biały ser, oliwki. Masakra jakaś. Zaczynamy mieć tego szczerze dość.

Około południa dojeżdżamy do Efezu. Niestety największej atrakcji – świątyni Artemidy, jednego z 7 cudów świata już tu nie ma, Anglicy w XIX wieku wywieźli ją do swojego muzeum. How sweet. W końcu z „kolonii” można wywozić wszystko. Mam nadzieję że kiedyś to zwrócą, także to co wywieźli z Egiptu.Tak czy inaczej Efez robi wrażenie. Szczególnie tym, że niektóre rozwiązania… dopiero są choćby w Polsce wprowadzane 🙂 A niektórych w Warszawie nadal nie ma.

Zacznijmy od tego że owo polis miało 250 tysięcy mieszkańców. Kolumny, na których opierało się tutejsze budownictwo wykonywane były z bloków marmuru. Te łączono w następujący sposób: w dolnej i górnej części wiercono otwory, tak aby po nałożeniu na siebie obu części te licowały ze sobą. Następnie po postawieniu obu części jedna na drugą dowiercano się do takiego otworu i wlewano tam rozpalone żelazo. To stygło łącząc kolumny.

Centrum miasta było strefą bez ruchu ulicznego – ale tylko w nocy. Na ulicach dojazdowych stawiano wielkie przenośne latarnie, które oświetlały miasto i jednocześnie blokowały drogę rydwanom, które miałyby chęć wjechać do centrum. W centrum też istniał supermarket, czyli agora. Tam stali ochroniarze i robili selekcję – nie wpuszczali tych kiepsko ubranych i z niższych klas społecznych.

Nieco dalej znajdowały się latryny miejskie – jednak tylko dla mężczyzn. Było to też miejsce pogadanek – w końcu nie było gazet 🙂 Zimą można było wynająć niewolnika który ogrzeje swym tyłkiem marmur zanim sami na nim usiądziemy. Nieczystości odpływały kanałami, a obok też płynęła bieżąca woda do umycia się. W ogóle całe miasto było skanalizowane – ścieki i deszczówka odpływała jedną rurą, drugą płynęła czysta woda. Szkoda że w XXI wieku nasza ulica w Warszawie nadal przepełnia się wodą po deszczu, tak że można po niej pływać kajakiem :] Dalej olbrzymia biblioteka i pozostałości domu publicznego. Wchodzić do niego mogły tylko te osoby, które miały stopę większą niż ta wyryta w chodniku przed wejściem 🙂 Zarówno bordello jak i drugi rynek – służący głównie do handlu niewolnikami, znajdowały się blisko portu, co jest dość jasne. Niestety przez ten czas morze cofnęło się o 15 kilometrów. Jak stopnieją lodowce to znowu przyjdzie 🙂 Na końcu olbrzymi teatr mieszczący 25 tysięcy widzów – o takim stadionie możemy na razie pomarzyć 🙂

Po wizycie w Efezie udaliśmy się do miejsca gdzie tradycyjną techniką wyrabiane są naczynia z białej gliny. Wypala się ona na biało, a następnie jest misternie zdobiona – oczywiście ręcznie. Nie mogliśmy się powstrzymać przed kupieniem paru drobiazgów. Marysia śpi, ja też chyba zaraz nadrobię poranne zaległości. Od klimatyzacji boli mnie głowa, co chyba widać po stylu dzisiejszego wpisu, jakoś tak chaotycznie mi się pisze. Jutro Pammukale – bawełniany pałac.

P.S. Już po kolacji (tęsknię za polędwicą). Wykąpaliśmy się w basenie termalnym i śmierdzimy związkami żelaza 🙂 Za chwilę spacer w stronę wioski. Hotel ma 4 gwiazdki, ale chyba te gwiazdki mają trochę mniej ramion niż zwykle 😀 Jest przynajmniej internet w lobby. Darmowy.