… er ist schnell, er ist gut!

Znowu wieczór i znowu siedzimy na naszych styropianowych pufach patrząc na morze. Marysia czyta „Czas wrzeszczących staruszków”, ja próbuję przelać na pap… klawiaturę nasze przeżycia, póki nam nie umkną. W tle muzyka… no własnie, jaka muzyka? Mix lat 80tych. To muzyka która leci chyba częściej niż Disko-Turko. Czemu? To proste. Większość turystów stanowią brytyjczycy w wieku 40-50 lat. O ich imperialnych zapędach już pisałem nie raz, więc co się dziwić. Muzyka ta, która stanowi dla nich wspomnienie młodości, pasuje zupełnie do pubów, english breakfast i fish&chips. Trochę to denerwujące, bo (choć przecież lubię tę muzykę), to w Turcji chciałbym usłyszeć co innego. Nawet Soo chciałby tu słyszec co innego. Nawet mój kuzyn Rafał – znany koneser lat 80tych! 🙂 No ale cóż, jesteśmy w turystycznym getcie, z całym tego urokiem.

Aha, mała anegdotka. Pierwszy hotel w którym autokar wysadził turystów, był położony kilometr wyżej, w wiosce. Zwykła wioska, trochę brudno, ciasna zabudowa. Marysia była trochę przerażona. Ale kiedy już zjechaliśmy do turystycznej części Oludeniz i ujrzała stojaki z pocztówkami i okularami – uspokoiła się 😀 (wiem, wiem dostanie mi się za to). [Marysia – to nie tak, jeśli jadę na wczasy z biurem podróży za grube pieniądze to oczekuje pewnego standardu, co wiąże się również z dużą liczbą kramów z pamiątkami, jesli jadę na tydzień w ukraińskie góry tylko z plecakiem to spodziewam się brudu i braku jakichkolwiek wygód! Obie opcje bardzo mi odpowiadają, ale na każdą musze się przygotować:)]

Miałem pisac o Turkach, zresztą wpisze się to w dzisiejszą wycieczkę. Otóż Turcja, jak pewnie wiecie, leży na granicy Europy i Azji. to pomost między cywilizacją jaką znamy a światem arabskim. Szczególnie w takich miejscach. Podejście do wiary wśród ludzi też podobne – Ramadan tak, ale nie za bardzo itp. [Właśnie leci La Isla Bonita, aaaa!]. Kobiety ubrane po europejsku, ale nie wyzywająco. Żadnych dekoltów itp. Nie robi też na miejscowych wrażenia widok bladych, tłustych Brytyjek  opalających się topless gdzie się da. Ani gołych Brytyjczyków biegających wieczorem po mieście (a jakże, brytyjski wieczór kawalerski!).

Europejskie podejście to zasługa Ataturka, człowieka który na początku 20 wieku wymyślił sobie że Turcja będzie krajem europejskim. I udało mu się to. Aż trudno sobie wyobrazić co działo się tu 100 lat wcześniej. Zresztą sam Ataturk jest tu postacią kultową, jego podobizny można zobaczyć wszędzie.

Po wojnie zwyciężyła wizja państwa narodowego. Wzmocniło się to po nieudanym desancie Greków i próbie odbicia wybrzeża w latach dwudziestych. Po wyparciu Greków nastąpiła wielka wymiana ludności. Tysiące Greków opuściło miasta i wyemigrowało do Grecji, stamtąd natomiast [Fine Young Cannibals – She Drives Me Crazy] przybyły tysiące Turków i osiedliły się tu. Druga Wojna Światowa też nie oszczędziła grecko – tureckich stosunków. Tak więc niechęć, a może nienawiść trwa do dziś. Nie dziwne więc że sprawa Cypru jest ciągle tak paląca. Zresztą nawet młody, 26 letni Sukru (który sprzedawał nam wycieczki) mówił o Grekach z wyraźną niechęcią. Szczególnie gdy wspominał o Rodos („patrz, tak blisko naszego brzegu, a grecka”).

[Rick Astley – Never Gonna Give You Up, nie wiem jak długo tu jeszcze wytrzymamy]

Dobra, wrócmy do dnia dzisiejszego. Przede wszystkim zaraz po śniadaniu spakowaliśmy się i przenieśliśmy się do nowego hotelu. Bez porównania, w sumie dziwię się, że zgodziliśmy się wogóle na te przenosiny. Na nasze usprawiedliwienie dodam, że nie mieliśmy pojęcia jak wyglądają oba hotele, a my byliśmy głodni i zmęczeni.

Hotel jest o wiele większy, ale nie olbrzymi (jak Oasis Papagayo na Fuerteventurze). Dwa baseny, dwa bary, internet! To znaczy to tylko komputer w rogu, ale po szybkim obejrzeniu tureckiego windowsa udało mi się ustalić adres IP, serwer i DNS i skopiować to do laptopa, teraz musze tylko przełączać kabelek (pan z hotelu był w szoku, spytał czy na lpewno nie znam tureckiego a potem złożył mi pokłon 😀 )

Po wrzuceniu zdjęć i zaległej notki udaliśmy się na basen. Krótkie smażenie i wyruszamy na pierwszą wykupioną atrakcję – jazdę konno do Miasta Duchów. Z Oludeniz zabiera nas busik. Zbieramy po drodze jakąś parę i jedziemy na miejsce. Miejsce to tył gospodarstwa w którym pod wiatą pręży się dumnie traktor Fiata. Człowiek który nas dowiózł pyta się gdzie chcemy jechać – mówimy o Kayakoi i… zostajemy poinformowani że musimy czekać. Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Przez chwilę boimy się, że po prostu musimy czekać aż pierwsza grupa przejedzie się na koniach. Przez ten czas robię kilka zdjęć baranów i rosnącej w ogródku papryki.

Jednak za chwilę podjeżdża po nas busik i zabiera do drugiej stajni. Wsiadamy na konie (oprócz nas jeszcze para Brytyjczyków) – ja po twardzielsku rezygnuję z kasku, w końcu kupiłem właśnie harco-podobny kapelusz – i jedziemy.

Na początku bez rewelacji. Konie, a właściwie kuce mają najwyraźniej włączonego autopilota i pociąganie za lejce tylko je denerwuje (właśnie usłyszałem sprzeciw ze strony Marysi, jej podobało się od początku, może dlatego że nigdy wcześniej nie jeździła konno). Jedziemy przez wzgórza, skały, las. Zaczyna być fajnie – ja jeździłem w życiu kilka razy konno, ale zazwyczaj po płaskim terenie. Jedziemy głównie stępa, chociaż nasz przewodnik powoli przyspiesza i co chwilę serwuje nam króciótkie kłusy. Próbuję zrobić kilka zdjęć Marysi – mały dysklejmer – większość dzisiejszych zdjęć robiona jest z ręki, z konnego grzbietu, dlatego nie narzekajcie na kadrowanie 🙂

[Annie Lenox – Sweet Dreams, eh.]

Po kilkudziesięciu minutach ukazują się pierwsze ruiny. To teraz kilka słów o mieście. Po wymianie ludności o której pisałem, między innymi to miasteczko opustoszało. I nie zostało przez Turków zamieszkane. Wersja którą wyczytamy w przewodnikach mówi o tym, że Turcy bali się duchów Greków (stąd nazwa). Sukru opowiedział nam o innej wersji. Otóż większość domów w Ghost Town położonych jest na zboczu góry – w formie odwróconego amfiteatru, tak, aby nie zasłaniać sobie widoku ani słońca. Turcy po prostu wolą mieszkać w dolinie i dlatego te domy zupełnie im nie odpowiadały. Prawda leży pewnie gdzieś po środku.[Marysia- dla mnie ta wersja o duchach to typowa „atrakcja” dla turystów, ja wolę wierzyć przystojnemu Sukru:)]

Dojeżdżamy do miasta, robimy kilka zdjęć, dajemy odpocząć koniom i własnym tyłkom, i wracamy. Tym razem przewodnik widząc, że dość dobrze sobie radzimy przyspiesza konie do galopu. Jestem w tych sprawach zupełnym laikiem, ale chyba każda osoba jeżdżąca konno przyzna mi, że galop jest od kłusu o wiele wygodniejszy dla siedzenia 🙂 W sumie to dziwne, nie mieliśmy ani słowa przeszkolenia, jazd próbnych i… galop. Ale było świetnie.

Na miejscu czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Otóż podczas pierwszego etapu podróży przydybał nas fotograf. Byliśmy do tego przyzwyczajeni, na Kanarach było podobnie, na koniec oczywiście można było zdjęcie wykupić. Raczej nie chci

eliśmy kupować zdjęć i zapomnieliśmy o tym. Na miejscu czekały na nas… talerzyki z naszymi podobiznami 🙂 Je oczywiście musieliśmy kupić! I tak właśnie kręci się turystyczna maszyna.

Po powrocie do hotelu najedliśmy się do syta na kolacji – dziś Grill Evening. Kłęby dymu drapiące w oczy wynagradzały stoły pełne grillowanych specjałów – od bakłażana i cebuli po różne rodzaje mięsa.

Na koniec jeszcze kilka słów o jedzeniu. Oprócz kebabów o których pisałem, bardzo popularne sa własnie grillowane warzywa, a także różne rodzaje mielonego mięsa – najczęściej baraniny.

Śniadania natomiast są dość ubogie jak na nasze warunki (chyba że to wina hotelu w którym byliśmy, jutro się okaże). Jajka, różne rodzaje serów i miejscowa mielonka. Może dlatego że Turcy nie zwykli jadać śniadań [Wyłączyli muzykę! Hurra! Disko-turko!]. Piją tylko kawę, ewentualnie zagryzając bułeczką.

I to tyle na dzisiaj. Jutro idziemy do Błękitnej Laguny aby upodobnić się bardziej do localsów, pojutrze paralotnia! Mamy nadzieję, że pogoda będzie śliczna. A w weekend do Pammukale i Efezu.

Aha, jeszcze dwie sprawy bo o nich zapomnę. Po pierwsze pożemy być pewni naszego rdzennego polskiego pochodzenia. Każdy Turek rozpoznaje nas bezbłędnie na ulicy i woła coś po Polsku. Po drugie coś o czym nie napisałem poprzednio. Na każdej ulicy znajdują się co najmniej dwa salony fryzjerskie. Turcy ze swoimi gęstymi włosami są idealnym materiałem do rzeźbienia wszelkich dziwnych rzeczy – zarówno na głowie jak i na twarzy. Całe szczęście fryzjerzy widząc mnie spuszczają głowę i nie krzyczą w naszym kierunku 😀