Siedzimy sobie właśnie na plaży, a może nad plażą. Jest godzina 19:30. Nad plażą biegnie asfaltowy pas używany jako deptak, a także lądowisko dla paralotniarzy. O nich dzisiaj więcej napiszę, zresztą widać ich na zdjęciach z dziś i wczoraj. Przy tym deptaku znajdują się oczywiście kafejki, my jesteśmy na terenie jednej z nich. Przed nami zachodzące słońce a właściwie to co z niego zostało i świecąca się lampa naftowa – też na zdjęciu. Na plaży rozkłada się gitarzysta – zaraz występ. Fale uderzają coraz mocniej – tu wiatr i fale wzmagają się wieczorem.

Siedzimy na fotelach, które opanowały tutejsze wybrzeże. To takie siedziska z materiału, uszyte w kształcie wielkiego krążka z wystającym oparciem (też w galerii zdjęć), wypełnione styropianowymi kulkami. Sa tak wygodne, że w tej chwili wiem że nie chciałbym siedzieć na czymkolwiek innym. Na pewno je kupimy do naszego salonu – a propos czy ktoś z was może wie, czy w Polsce można kupić styropianowe kulki??

Dzisiejszy dzień upłynął nam na planowaniu. Jest super. Zaplanowaliśmy wycieczki do końca naszego wyjazdu. Dodam teraz, że już na samym początku zdecydowaliśmy się na tańszy hotel (trzgwiazdkowy a nie cztero) własnie po to, aby mieć więcej kasy na różne wycieczki. Nie oszukujmy się – czterogwiazdkowe hotele z all inclusive służą głównie Brytyjczykom do leżenia i picia. Dokładnie tak. Nie będe się już wyżywał na biednych grubych i bladych poddanych Królowej, jeśli chcecie poznac ich charakterystykę, przeczytajcie nasze starsze notki z zeszłego roku. Tu jest bardzo podobnie – Oludeniz to nie turecka wioska ani miasteczko, tylko turystyczne getto. Wystawione na ulicę tablice z wymazanymi kredą cenami i obowiązkowym English Breakfast, frytki, hamburgery i Guiness. British Paradise. Mimo wszystko kultura lokalna jest tu o wiele silniejsza niż na Kanarach i to jest świetne. Z pobliskiego meczetu słychać śpiewającego muezzina,  a Turcy z wdzięcznym „pliiiz” zapraszają do swojego sklepu. Sa też KEBABY! Wiecie jak dużo to dla mnie znaczy. Zamierzam spróbować wszystkie 🙂

Tak, tak, nie shish kebab, tylko prawdziwe (he he) berlińskie donery i durum kebaby, na grubym, na cienkim, na ostro i łagodnie.

Ale wróćmy do tematu. Już pierwszego dnia zaczepił nas pewien Turek oferując wycieczki. Ba, zaczepiło nas kilku oczywiście. Aha, jeszcze malutka dygresja. Jak może nazywać się firma oferujące usługi Brytyjczykom? BLOODY GORGEUS. Wow. Dwa ulubione słowa brytyjskie w nazwie firmy. To musi na nich działać. Ceny niestety też brytyjskie.

Tak więc nauczeni doświadczeniem z Kanarów zdecydowaliśmy się na wycieczki we własnym zakresie, zamiast tych organizowanych przez ITAKĘ. Wiadomo – cena. Poza tym (sorry, to niepatriotyczne) mam dość polskich ekspertów mówiących o erekcji wulkanu.

Tak więc nasz plan był prosty – za zaoszczędzone pieniądze kupujemy pakiet wycieczek w lokalnym biurze turystycznym. W końcu siedzenie przez cały dzień w hotelu na „allu” i picie na umór + opalanie to zupełnie, zupełnie nie w naszym stylu.

Turcja, jak większość krajów arabskich znana jest oczywiście z targowania (od razu kojarzy mi się scena z tykwą z Monty Pythona 😀 )

Tak więc delikanie pytaliśmy wybrane przez nas biuro o ceny i zagadywaliśmy ich przy każdym przejściu przez główny deptak. Dodam, że miejscowi rozpoznają z daleka narodowość przechodzących gości i krzyczą „jak sie masz! fajne polskie dziewczyny! dżen dobry! każda dżewczyna z polsky ładna figura, pupa!” i tak dalej 🙂

Marysia włączyła swój zmysł planowania i zgromadziła wszelkie ulotki wybierając z nich najlepsze oferty. Poszliśmy z tym do wybranego biura i zaczęliśmy negocjacje. Wybraliśmy pięć atrakcji, po namyśle także szóstą. Tak więc mamy zamiar:

– Lecieć na parolotni (w tandemie z instruktorem oczywiście)

– Pojechać konno do Miasta Duchów

– Odbyć rejs po 12 okolicznych wyspach

– Przepłynąć się statkiem po rzece – tutejszej „Amazonce”

– Popłynąć na Rodos

=Spędzić dwa dni w Efezie i Pammukale

do tego pewnie pojedziemy we własnym zakresie do Fethiye. Zrezygnowaliśmy z Kapadocji – jest 12 godzin drogi autorkarem stąd, lub 9 godzin samochodem. Oba warianty wydają się trochę abstrakcyjne.

Koszty – w sumie 1500 zł na dwie osoby. Pobyt w hotelu z all inclusive kosztowałby 2500 więcej. Jakieś pytania? Kiedy myślę że można spędzić te dwa tygodnie po prostu pijąc od rana i lecząc się „na klina” wieczorem to pusty śmiech mnie ogarnia. No cóż, każdy robi to co lubi 🙂

Jeszcze słowo o paralotniach. Na dzisiejszym spotkaniu, rezydentka powiedziała, że lot na paralotni z góry Babadag jest wymieniony na 2 miejscu rzeczy które trzeba zrobić w życiu przed śmiercią, wg magazynu People. Rany. Nie ma wyjścia 😀 Podobno widoki sa zabójcze. Bicker – jeśli czytasz tego bloga to następnym razem jedziemy tu razem, jak już się nauczę latać bez instruktora i skaczemy 😀

Słowo o hotelu. Wczoraj w nocy rozpylano z głośnym warkotem jakieś środki na komary. Rano zero prądu. Hotel w ogóle okazał się malutki i zbyt cichy. Dlatego też zażądaliśmy przenosin do tego w którym mieliśmy być od początku – i to jutro rano. Niestety posiłki sa o podobnie bezsensownych godzinach – śniadanie DO 10.00 (ehh weź i wstań), kolacja od 19.30 (trochę późno). Plusa jeden – nie trzeba wracać zbyt wcześnie w wojaży. Wojaży samochodem zresztą nie planujemy – to nie Kanary gdzie wszystko było małe, opisane, zamknięte oceanem. To wielki kraj i zapuszczanie się zbytnio w głąb nie ma sensu. Wypożyczymy najwyżej skuter by obejrzeć najbliższe atrakcje, nie objęte wycieczkami.A o kulturze tureckiej i jej ambiwalentności (trudne słowo) i jej wschodnio-zachodniej specyfice napiszę kiedy indziej.

Aha, widoczny na fotach statek niestety jest prywatny. Szkoda, bo bardzo chciałbym na nim popłynąć. Płyniemy mniejszym na rejs po 12 wyspach, ale z tego co wiem na silniku :((