Zanim zacznę, jeszcze kilka słów o ruchu drogowym. Nadal nie mogę wyjść z podziwu jeśli chodzi o płynność ruchu. Tu naprawde wpuszcza się każdy jadący z boku samochód. Po prostu jeden na jeden. Niesamowite. Natomiast delikatnie zaczyna mnie irytowac to wszechobecne ograniczenie prędkości, a raczej oczy wielkiego brata w postaci fotoradarów. Czujesz się jakby przed tobą przesuwała się wielka tafla szkła i choć droga jest prosta i pusta – ty nie możesz przyspieszyć. Z ulgą witasz znak 120, bo możesz pryspieszyć o 20 km/h. Aha, spotkałem pierwszych piratów drogowych. Mknęli z zawrotną prędkością 130, 140 🙂 Na autostradzie 😀

 Ludzie.

Przede wszystkim zadbani. Pamiętajcie, że jesteśmy praktycznie we Francji, Genewa otoczona jest lądem żabojadów ze wszystkich stron. Jest też bardzo międzynarodowa, o wiele bardziej niż inne miasta. Do napisów w 3 językach (francuski, włoski i niemiecki) dodawany jest też napis po angielsku. Po retroromańsku (czwarty oficjalny język Szwajcarii) napisów nie ma, tym językiem mówi się tylko gdzieś w górach 😉 O językach jeszcze za chwilę.

Otóż ludzie są zadbani i wystajlowani. Fryzury, bródki, ubrania, buty. Wrażenie środka świata – jest sporo Murzynów, Azjatów, Hindusów i ludzi ze wszystkich częsci świata. Ale cóż – to region francuskojęzyczny, a te mają jedną cechę wspólną. Nikt nie uczy się angielskiego! A jeśli się uczy to chyba tylko przez rok. To jest istna masakra. Po prostu nie można dogadać się w tym języku. Co więcej, jeśli ktoś mówi po angielsku, to na początku mimo wszystko próbuje odpowiedzieć ci po francusku. Zadajesz pytanie, on kiwa głową i zaczyna mówić do ciebie po francusku. Mówisz "Sorry, I don't speak French!". A on ok, odpowiada po angielsku (ledwo – ziiis is a zeeeeRRi good deej.) i w pewnym momencie, gdy już ma dość kompletnie zapomina o twojej nieznajomości francuskiego i przechodzi na ten język. A może nie zauważysz?

Wczoraj chcieliśmy zapłacić kartą w miejscu gdzie był popsuty terminal. Pani długo zastanawiała się jak to powiedzieć i w końcu uyła słowa KAPUTT które dobrze znamy 🙂 Kiwnąłem głową że rozumiem, ona dodała jeszcze po angielsku GAME OVER!

No cóż całe szczęście Wujek Prokter sponsoruje nam naukę języka. Trzeba będzie się za to wziąć po urlopie. W końcu wg legendy rodzinnej jestem w 1/128 francuskim szlachcicem i to Bourbonem he he (taaa.)

Kupiliśmy parę mebli w IKEI oraz… MASZYNĘ DO PIECZENIA CHLEBA! Myślałem o niej już od długiego czasu, ostatnio rozmawiałem o niej z Damianem (mówił że znajomi kupili i od tej pory nie jedzą innego pieczywa), a jakość tutjeszego pieczywa przekonała mnie do tego. Otóż bułki są straszliwie mięsiste, ciężkie, zupełnie jak pieczywo z supermarketów w Polsce.

Maszyna nie jest wcle droga (ok 200 zł) i wydaje się dobrze działać. Pierwszy chleb był trochę bez smaku, ale Marysia mówi że chleby na drożdżach tak smakują. Musze poczytać w necie o tym jak piec dobre chleby 🙂 Dziś powrót do stolicy, tydzień przerwy i wyjazd do Turcji 🙂